Szkoły przemiana pokoleniowa

Dawniej w szkole, nawet jeśli rodzina nie do końca była wydolna wychowawczo, doskonale wychowawczo radzili sobie z nimi... nauczyciele.

Był przełom lat 80 i 90. W pewnej klasie było kilku tzw. niegrzecznych chłopców. Ich niegrzeczność polegała na gadaniu na lekcjach, samowolnym opuszczaniu ławek, bywało że przedrzeźniali nauczycieli oraz rzucali papierowymi kulkami w dziewczynki. W klasie VII i VIII ich niegrzeczność przerodziła się w popalanie papierosów w szkolnej toalecie oraz wagary. Żeby charakterystyka była pełniejsza, dodam, że chłopcy ci pochodzili z rodzin trudnych. Jak skończyli? Całkiem przyzwoicie. Pokończyli szkoły. Założyli rodziny. Radzą sobie. Chłopcy – w czasie buntów i wygłupów – jednego mogli być pewni: nawet jeśli rodzina nie do końca była wydolna wychowawczo, doskonale wychowawczo radzili sobie z nimi... nauczyciele. Zarówno pan od matematyki, konkretny i surowy, jak i delikatna, nieco histeryczna pani od geografii. Więc chociaż chłopcy zachodzili czasem szkole za skórę, szkoła radziła sobie z nimi. I być może właśnie dzięki temu radzeniu udało się młodych ludzi na dużych porządnych ludzi wyprowadzić.

Minęło sporo lat. I oto opowiada znajoma, że ma problem z synkiem. Pięcioletnim. Otóż synek, bardzo żywy dzieciak, ale ogromnie inteligentny i przesympatyczny, według pań przedszkolanek „ciągle rozwala zajęcia”. Chłopiec „rozwala”, biegając i gadając, a panie przedszkolanki za każdym razem dzwonią do matki chłopca, żeby... zabrała go do domu. Bo „one sobie nie radzą”. Znajoma próbowała wytłumaczyć pani przedszkolance, że może wystarczyłoby trochę profesjonalizmu i nauczycielskiego autorytetu, żeby syna czymś zainteresować. Panie przedszkolanki się obraziły.

I absolutny kwiatek, czy raczej oset edukacyjny. Czytam właśnie, że w niewielkiej miejscowości na północy kraju jeden dziewięcioletni chłopiec był tak niegrzeczny, że szkoła  wezwała do niego... policję i karetkę. Mama chłopca mówi o wielkiej traumie, którą przeszło dziecko, wywiezione ze szkoły przez tzw. służby. A szkoła nie precyzuje, na czym miałaby polegać niesubordynacja małego dziecka, która wymusiła tak drastyczne środki.

Pięciolatek zagrożeniem dla przedszkolanek? Dziewięciolatek zagrożeniem dla całej szkoły? Rozumiem, że do dwunastolatków fikających podczas lekcji należy wezwać żandarmerię wojskową, a do 14-latka brygadę antyterrorystyczną... Tak. Wiem. Dzieci bywają koszmarne. Niestety, nie tylko one.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • NIKI
    14.03.2015 18:54
    Nauczyciel nic nie może obecnie. Jak rozpoczynałam edukację w 1977 to nauczyciele lali linijką po rękach i dyscpylina była. A potem z roku na rok było coraz gorzej. Nauczyciel nic nie może a uczeń może wszystko - bić nauczyciela, wyzywać, opluć. W domu możesz zastosowac karnego jeżyka a w przedszkolu nie!!!
  • Marianna
    15.03.2015 10:43
    Niemożność zastosowania przemocy nawet w takich sytuacjach, kiedy np. jedno dziecko zagraża drugiemu, skutkuje tym, że wzywa się osoby z instytucji, które mają monopol na przemoc. Jeszcze w czasach gimnazjalnych mojego syna sporym autorytetem cieszyła się pani woźna, która nie podpisywała, że bić nie będzie i czasem potrafiła się ścierą zamachnąć. Za to niektóre panie miały przechlapane, w szczególności subtelna pani katechetka, którą jeden z uczniów (przesunięty karnie z innej szkoły i w związku z tym jako bohater cieszący się wśród chłopaków sporym autorytetem)wyzywał niecenzuralnie, odreagowując w ten sposób nocne wizyty różnych panów u swojej rodzonej mamusi.
    Z moich czasów w SOW-ie przypominam sobie, że jakoś radziłyśmy sobie np. z wychowankami, które przychodziły pijane (o ile stopień ich upojenia bądź wiek nie sugerował potrzeby wezwania pogotowia. Później jednak miałyśmy przykazane surowo - wezwać policję, niech bierze delikwentkę do izby wytrzeźwień. Niemądre było to i kosztowne dla ośrodka, ale jakoś wpasowywało się w ogólną tendencję, której i straszne i śmieszne skutki widać dzisiaj.
  • csss
    17.03.2015 13:51
    Artykuł tendencyjny, na żenująco niskim poziomie, nie oparty o żadne analizy, wykazanie choć odrobiny obiektywizmu chyba nie jest znane autorce, przedstawienie tylko jednostronne przypadków (na zasadzie uszłyszałam coś, sama sobie wyciągnęłam wnioski, mimo że nie znam całości tematu, no i sobie coś napisałam, dla samego napisania) W artykule nie ma żadnych rozważań dlaczego, czy możliwe było inne działanie, czy było zgodne z obecnie obowiązującymi przepisami, czy i co mogli/mogą/powinni zrobic rodzice. Gdzie porównanie tego jakie przepisy były dawniej gdy to szkoła sobie radziła z "niesfornym", niegrzecznym uczniem (lub łobuzem, huliganem, bandytą, chamem, prostakiem, nie wychowanym ani przez życie ani przez rodziców)i jakie "standardy" normy i przepisy obowiązują obecnie gdy sobie nie radzi, i co to znaczy że sobie nie radzi????
  • aaa
    17.03.2015 14:33
    No nie wiem w pewnej renomowanej "prywatnej" zerówce, czyli z płatnym czesnym zabawa dzieci skończyła się kiedy 6-letni chłopiec prawie nie udusił koleżanki w tym samym wieku. Jakoś 30 lat temu raczej nie do pomyślenia takie zdziczenie. Nie do pozazdroszczenia rola nauczycielki.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.