Spotkani w drodze

Niewiele o nich wiem. Widzieliśmy się w przelocie, rozmawialiśmy krótko, czasem tylko na migi. A jednak zapadli mi w pamięć, bo podzielili się ze mną kawałkiem swojego życia. Trwają w mojej pamięci i na fotografiach.

Spotkani w drodze Grażyna Myślińska /FOTO GOŚĆ Pod kogutem, czyli u zbiegu trzech granic

Szła na pole okopywać buraki. Trochę się spieszyła, ale nie na tyle, by nie opowiedzieć, że jej pole leżało kiedyś w Polsce przy granicy Rumunii i ZSRR. Miejsce to upamiętnia dziś blaszany kogut. – Okolica piękna, przyjedźcie na dłużej – zapraszała. – Przenocować możecie u mnie, jedzenia też nie zabraknie. Mamy swoje krowy, mleko, ser, masło, jajka. Głodu nie zaznacie, pani – zapewniała.

Spotkani w drodze Grażyna Myślińska /FOTO GOŚĆ Przyciągnęła wzrokiem

Koniec października, Maramuresz, Rumunia. Zmrok zapada wcześnie. Lekko mży. Na wiejskim cmentarzu dużo ludzi, palą świeczki, proste, wysokie. Zaciekawiona wchodzę. Mam wrażenie, że przyciągam spojrzenia wszystkich obecnych.

Ludzie śledzą każdy mój ruch i gest. Zapraszają do „swoich” grobów, częstują ciasteczkiem, nalewają palinkę. Część trzeba wylać na mogiłę, resztę wypić. Niektórzy przyjechali aż z Francji. Pracują w gospodarstwie rolnym aż pod Pirenejami. Oświetlone od dołu płomykami świec twarze ludzi są poważne. Słychać przyciszone rozmowy.

Ta kobieta przyciągała mnie wzrokiem. Nic nie mówiła. Patrzyła tylko, w którą stronę idę, czy jej nie ominę. Gdy podeszłam, nalała palinki do plastikowego kubeczka. „Mąż i brat” – wskazała na mogiłę. Odetchnęła z ulgą, gdy wypiłam za spokój ich dusz, dzieląc się trunkiem ze zmarłymi.

– Ludzie tam wierzą, że w ten wieczór zmarli czasem wracają pod innymi postaciami. Wypatrują znaków. Są przekonani, że w obrębie cmentarza nic nie jest przypadkowe, trzeba tylko uważnie obserwować. Wzięli cię za wysłannika z tamtego świata – wyjaśnił mi później znajomy etnograf.

Spotkani w drodze Grażyna Myślińska /FOTO GOŚĆ Pożałujcie tych dzieci

Zimy w Transylwanii bywają mroźne i śnieżne. Taki był styczeń roku 2012. Jeździłam wtedy po dawnych saskich wioskach, szukając ostatnich Sasów i zwiedzając ich opuszczone warowne kościoły. Po obaleniu Ceauşescu Sasi masowo wyjechali do Niemiec. Ich domy stoją puste, czasem zajmują je Cyganie. Nemsa to zapadła wieś ze wspaniałym kościołem. W sklepiku, który pełni też funkcje baru i domu kultury, przy żelaznym piecyku grzała się grupka drwali. Zrobiłam zakupy, ale kiedy wychodziłam, jeden z mężczyzn zaczął mi coś tłumaczyć. Zrozumiałam, że chce mi coś pokazać.

Szliśmy pod górę w stronę wsi, boczną ścieżką przez jakiś kwadrans, aż na wzgórzu pojawiły się dwie chatki. W zasadzie dwie połówki chatek. W jednej mieszkał mój przewodnik z żoną. W drugiej czwórka dzieci. To były sieroty po siostrze żony. Marnie ubrane, patrzyły na mnie, dygocąc z zimna. W ich wzroku była nadzieja i wiara w to, że mogę im pomóc. Nie chcieli pieniędzy. Chcieli, żeby im zrobić zdjęcie. Po powrocie do Polski wysłałam im paczkę z ciepłymi ubraniami.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama