Bóg podał mi rękę

Do dziś nie wie, co mu przyszło do głowy, by wsiąść do samochodu, mimo że pił alkohol. Miał do przejechania kilkaset metrów. To wystarczyło, by stracił prawo jazdy, a jego życie znalazło się na zakręcie.

Mariusz i Ewa pochodzą z dużych towarzyskich rodzin. To wiązało się zawsze z licznymi okazjami do spotkań, uroczystości, zabawy i alkoholu. – W dużej rodzinie co chwila były chrzciny, komunie, wesela, nie wspominając już o urodzinach czy imieninach.

Jak nie było jakiegoś święta, chodziliśmy z żoną na dancingi. Zabawie zwykle towarzyszył alkohol – przyznaje Mariusz.

Może gdyby alkohol pojawiał się tylko na zabawie, nie byłoby tak najgorzej. Rzecz w tym, że był także w pracy, podczas spotkań z kolegami pod sklepem i przy różnych innych okazjach, które trafiały się niemal codziennie.

– Ja też jestem towarzyska, ale nie mogłam zrozumieć, dlaczego zawsze musi być alkohol. Nie było dnia, by mąż nie sięgnął choć po piwo. Zaczęły się między nami kłótnie, coraz trudniej było nam dojść do porozumienia. Nasza rodzina zaczęła się chwiać w posadach i była bliska rozbicia – mówi Ewa.

Jak ślepy we mgle

Najgorsze było to, że wszędzie było przyzwolenie na picie. Także w pracy. – Nieraz w robocie sam szef proponował, byśmy wypili po piwku. Wychodziliśmy z kolegami z pracy i zamiast iść do domu, gdzie żona czekała z obiadem, szliśmy na kolejne piwo czy coś mocniejszego – mówi Mariusz. Oprócz pracy w fabryce dorabiał sobie jako kierowca busa na trasie Kraśnik–Lublin. Równocześnie budował dom. – Zajęć było dużo, wiadomo, że jak miałem kurs, nigdy nie piłem, ale już gdy wracałem z pracy czy szedłem na budowę, alkohol zawsze się znalazł. Działo się coraz gorzej. Byłem jak ślepiec we mgle – mówi Mariusz.

Widząc, że ich małżeństwo się sypie, Ewa szukała pomocy. – Nie wiedziałam, co robić, by nasze życie się zmieniło. Wówczas dostaliśmy propozycję, by przychodzić na spotkania Domowego Kościoła. Ja widziałam w tym szansę dla nas, Mariusz był niechętny, ale dla świętego spokoju się zgodził – mówi Ewa.

Spotkania dla małżeństw i oddawanie swego życia Panu Bogu było czymś, co pokazywało, że jest rozwiązanie trudnej sytuacji. – Chodziłem na te spotkania, podobało mi się nawet, ale żeby coś konkretnego zmienić w swoim życiu, to już nie miałem ochoty. Pojechaliśmy na pierwsze rekolekcje, nie wiedząc dokładnie, co to oznacza. Pomyślałem, że jak wyjazd, to pewnie i integracja, i nawet zapakowałem do bagażnika sześciopak z piwem. Oczywiście nie wyjąłem go nawet, zobaczywszy, co to znaczy przeżywać rekolekcje, ale takie było wtedy moje życie – mówi Mariusz.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.