Obrona życia to nie tylko zmiana przepisów

O bólu i strachu, rodzicach zostawianych tylko ze skierowaniem oraz zmianach, których naprawdę potrzeba, mówi Justyna Stolfik- -Binda.

Marta Sudnik-Paluch: W pierwszych dniach protestów po wyroku TK postanowiłaś podzielić się historią swojego synka Antosia. „Antoś to jeden z tych »potworków«, tych »brzydkich, strasznych« dzieci, których zdjęć tak dużo dziś można znaleźć w internecie. Antoś to dziecko z zespołem Edwardsa” – napisałaś. Odważnie.

Justyna Stolfik-Binda: Zmotywowała mnie sytuacja. Widziałam zajadłość protestujących i to, ilu moich znajomych wyraziło poparcie. Byłam wstrząśnięta i długo biłam się z myślami, czy opowiedzieć swoją historię. Doszłam do wniosku, że może kogoś skłonię do refleksji. Pokażę, że aborcja to nie jedyne słuszne rozwiązanie.

W chwili, kiedy rozmawiamy, Twój post udostępniło ponad 2300 osób. Tego się chyba nie spodziewałaś?

Nie jestem zbyt aktywna w mediach społecznościowych. W gronie moich znajomych jest kilkadziesiąt osób, więc to był post skierowany do nich. Jego zasięg niesamowicie mnie zaskoczył. Ale jeszcze bardziej wiadomości od wielu osób, które dzieliły się swoimi historiami. Czasem ciągle zbyt trudnymi, żeby mówić o nich głośno.

Jak oceniasz z perspektywy czasu – które doświadczenie było gorsze: diagnoza czy późniejsze wydarzenia?

Informacja o chorobie była szokiem. To zresztą wspólny element historii, nieważne jak zakończonych: diagnoza to ogromny dramat. Usłyszeliśmy suchą informację, że nasz syn ma zespół Edwardsa i to jest wskazanie do terminacji ciąży. W pierwszym momencie nie zrozumiałam, o co chodzi. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie, z kartką ze skierowaniem i niczym więcej. Nie było żadnych innych badań, konsultacji z genetykiem czy prób sprawdzenia, jak duża jest wada u Antosia. Nikt nie wspomniał nawet o wsparciu psychologa. To był drugi dramat.

Nietrudno wtedy o przekonanie, że aborcja to nie tylko najlepsze, ale jedyne rozwiązanie.

Dzięki swoim doświadczeniom wiem jedno: nie potępię osoby, która w takiej sytuacji się na nią zdecydowała. Ja miałam wsparcie męża i wiarę. Bez bliskości Boga, pomocy najbliższych terminacja w takiej sytuacji wydaje się „naturalną koleją rzeczy”. Kobiety nie widzą innego wyjścia. Są ofiarami systemu.

Wy z mężem zdecydowaliście się na poród. Dlaczego warto?

Przyznaję, że dzień przed czułam tak obezwładniający strach, jakiego nie doświadczyłam jeszcze nigdy. Zwłaszcza że lekarze nie ukrywali, że muszę się przygotować na najgorsze. Opisy, jak Antoś może wyglądać, były naprawdę makabryczne. Wiedziałam już, że przyjdzie na świat martwy. Zastanawiałam się, jak ja to przeżyję… A dziś wiem, że to było bardzo ważne i potrzebne, wręcz oczyszczające. Zobaczyłam go, był malusieńki, przytuliłam go i pobłogosławiłam. Mimo wszystko wspominam te chwile ciepło. Mogłam się pożegnać z moim dzieciątkiem. Teraz mogę chodzić na jego grób na cmentarzu. W ten sposób zamknęłam tych kilka miesięcy walki.

Mam wrażenie, że w Twoim poście ważniejszy od tego doświadczenia jest apel o zmianę systemu.

Dokładnie tak. Obrona życia to nie tylko zmiana przepisów. Dziś prawo jest takie, a już jutro może być inne. Jeśli poprzestaniemy tylko na zmianie prawa, dramatów wciąż będzie mnóstwo. I będzie działa się krzywda – albo nielegalnie abortowanych dzieci, albo matek pozostawionych samym sobie z diagnozą ciężkiego upośledzenia płodu, a potem z konsekwencjami wychowania niepełnosprawnego dziecka. Bronić życia powinniśmy kompleksową pomocą dla rodziców i dzieci. Obecnie nie mamy w Polsce żadnego systemu wsparcia. Jestem przekonana, że większości aborcji eugenicznych można by uniknąć, gdyby udało się zapewnić odpowiednią opiekę rodzicom. I to niezależnie od obowiązującego prawa. Tym bardziej że obecnie medycyna daje szansę na przeprowadzenie wielu operacji wewnątrz łona matki, a także zaraz po urodzeniu. Jest też jeszcze opieka paliatywna, pozwalająca na odejście dziecka bez cierpienia.

Jak Twoim zdaniem powinno to wyglądać?

Każdą matkę należy wspierać. Myśli o aborcji mogą mieć różne przyczyny. Niezależnie od tego, jakie jest ich źródło, wsparcie psychologiczne powinno być podstawą. Podobnie jak bezpłatny dostęp do dogłębnej diagnostyki prenatalnej oraz pełnej informacji o możliwościach leczenia. Poza tym w Polsce funkcjonuje zaledwie 12 hospicjów perinatalnych. To oznacza, że nie ma ich nawet we wszystkich województwach! Takich miejsc potrzeba więcej. Również opieka w szpitalach powinna być inna – zapewniająca maksymalny komfort matce dziecka z wadami letalnymi – niedzielenie sal z mamami zdrowych dzieci, ułatwienie przebiegu porodu, stałe towarzyszenie osób wspierających. Pozornie to drobiazgi, ale o ogromnym znaczeniu. Takie mamy powinny mieć szczególne prawa.

A argument: „nie wolno zmuszać do heroizmu”?

Niezabijanie dziecka to miłość, a nie heroizm. Heroizmem jest oddanie życia za dziecko – ale nie o to toczy się dziś spór. Heroiczna jest też walka rodzin o godne życie niepełnosprawnych dzieci. I w ramach walki o życie zobowiązani jesteśmy do pomocy takim rodzinom. Ze strony państwa powinny one otrzymać bezpłatny dostęp do wszechstronnej rehabilitacji, wparcie asystentów rodziny, którzy pomogą im w codziennym życiu. Potrzeba nam też specjalistycznych ośrodków, w których niepełnosprawne dzieci będą otoczone miłością i troską, kiedy ich rodzice nie będą mogli się nimi zająć. „Co z nim się stanie, kiedy mnie zabraknie?” – to największy lęk opiekunów osób niepełnosprawnych. Zapewnienie kompleksowej opieki to bardzo duże wyzwanie dla państwa. Ale my jako chrześcijanie też mamy swoją lekcję do odrobienia. Nie krytykujmy młodej dziewczyny w ciąży, tylko okażmy jej wsparcie. Nie patrzmy ze współczuciem na mamę dziecka niepełnosprawnego, tylko spytajmy – jak mogę pomóc? Może warto poświęcić trochę wolnego czasu, by ona mogła chwilę odsapnąć. Jeśli jesteśmy w stanie, pomóżmy zebrać środki na leczenie i wspierajmy też organizacje czy instytucje, które pomagają matkom myślącym o aborcji. I bardzo ważne – módlmy się za te matki. Dopiero takie myślenie i taka postawa zmienią atmosferę wokół ochrony życia. •

  • Zespół Edwardsa

Choroba genetyczna, polega na trisomii chromosomu 18. pary. Skutkiem jest nieprawidłowa budowa narządów dziecka, małogłowie i niska masa urodzeniowa. Naukowcy są zdania, że nie jest to choroba dziedziczna – do zaburzeń materiału genetycznego dochodzi samoistnie. Częściej dotyczy dziewczynek niż chłopców. Dzieci cierpiące na zespół Edwardsa najczęściej umierają jeszcze w łonie matki.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg