Dobry mąż przeważył złą chorobę

Jeden z panów uparł się, że ostatnie święta chce spędzić u teściowej w górach. Po jego śmieci żona przyszła i pokazywała mi zdjęcia. Był bal przebierańców. Jej mąż załatwił sobie strój stracha na wróble, a ponieważ był już bardzo chudy, wszystko na nim wisiało.

Chorował na nowotwór. – Był już bardzo słaby, ale w czasie ostatniej wizyty niespodziewanie mocno uścisnął moją rękę. Z taką siłą, jakiej się po nim nie spodziewałam. Wiedziałam, że się ze mną żegna – mówi Barbara Kopczyńska, prezes chorzowskiego Hospicjum. Przez 25 lat działalności pożegnań było prawie 5 tysięcy. – W ostatnim czasie przygotowywałam listę naszych pacjentów. Na początku wszyscy przechodzili przez moje ręce, a ja z każdym nazwiskiem kojarzę konkretną twarz i jakąś historię.

„Niebo to imiona i twarze”, powiedział któryś z papieży i ja się z tym zgadzam – mówi Barbara Kopczyńska. Początki hospicjum były skromne. Zaczęło się od inicjatywy pani Urszuli Sikocińskiej, która była diecezjalną instruktorką charytatywną i opiekowała się chorą na nowotwór panią Heleną, mieszkanką Chorzowa. – Musiało pomagać jej hospicjum z Katowic. Stąd powstała idea zorganizowania hospicjum w naszym mieście. Korzystaliśmy z doświadczeń działających już placówek. Pomieszczeń użyczyły nam najpierw siostry szarytki. Tam spotykaliśmy się w świetlicy, a w wyznaczone dni wolontariusz dyżurował przy udostępnionym przez siostry telefonie. Magazyn sprzętu na początku funkcjonował m.in. w piwnicy prezesa i u mnie w domu. Po jakimś czasie ks. Henryk Markwica, nieżyjący już proboszcz parafii św. Jadwigi, zaprosił nas do siebie – wspomina prezes opiekującej się paliatywnie chorymi lecznicy.

Ćwierć wieku działalności placówki pozwala ocenić, jak bardzo zmieniło się podejście osób chorych i ich rodzin do hospicjów. – Zawsze podkreślamy, że nasza pomoc nie oznacza niczyjej porażki. Nie mówimy o oddawaniu mamy, męża czy dziecka do hospicjum, ale o poszukiwaniu profesjonalnej pomocy – mówi Barbara Kopczyńska. Prezes hospicjum podkreśla, że podstawowym zadaniem jest dbanie o jakość życia chorych oraz utrzymywanie życia przy założeniu, że kiedy przychodzi właściwy czas, trzeba pozwolić odejść. – Pamiętam panią Dorotę. Opiekowali się nią mąż i wnuki. Robili, co mogli, ale kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam, była kupką nieszczęścia z odleżyną i wszystkimi możliwymi powikłaniami po chemii. W naszym standardowym wywiadzie zapytałam ją, jak ocenia swoją jakość życia. Mamy tam przygotowane możliwe odpowiedzi: bardzo dobra, dobra, przeciętna, i tak dalej aż do złej. Zakładałam, że usłyszę w najlepszym wypadku słowo: przeciętna, a pani Dorota bez chwili wahania powiedziała: „bardzo dobra”. Zdziwił się nawet mąż, a ja się uśmiechnęłam. „Ten dobry mąż przeważył złą chorobę, prawda?”, zapytałam, a ona potwierdziła – wspomina B. Kopczyńska, dodając, że zawsze trzeba spojrzeć na wszystko oczami pacjenta.

– Ważne, żeby nie dawać złudnej nadziei, bo spadanie z wysokiego konia boli bardziej. Czasem jest tak, że pacjent zaopiekowany przez nas zaczyna lepiej funkcjonować, przybiera na wadze i rodzina się cieszy, że idzie ku dobremu. Zawsze przypominam, że choroba cały czas jest, ale żeby mimo wszystko cieszyć się podarowanym czasem. Kiedy o tym mówię, myślę o pani Ani, naszej pacjentce, którą przyjęliśmy leżącą. Odpowiednio ustawione leczenie i rehabilitacja sprawiły, że zaczęła jeść, stanęła na własnych nogach. Teraz na wizyty domowe musimy się umawiać, bo zdarza się, że idzie na spacer – śmieje się prezes. – Cieszę się, że maksymalnie wykorzystuje ten czas, i to samo powtarzam jej synowi: żeby był z mamą jak najczęściej, choćby po to, żeby wspólnie gotować – dodaje. Jak podkreśla, każdy człowiek to ciało, psychika i dusza. Trzeba o tym pamiętać w czasie opieki. – Każdy chory może liczyć na wsparcie osoby duchownej – przedstawiciela swojego wyznania. Zapraszaliśmy i batiuszkę, i pastora, i przełożonego zboru. Były tu chrzty, I Komunie Święte, a nawet ślub.

Wiara bezsprzecznie pomaga także nam, personelowi i wolontariuszom. To łaska, ale tutaj łatwiej sobie ze wszystkim poradzić, jeśli się wierzy. Zawsze w czasie rozmowy kwalifikacyjnej pytam na końcu o tę kwestię. Czasem słyszę: „Nie, a nie przyjmie mnie pani z tego powodu?”. Wtedy tłumaczę: „Będzie panu/pani trudniej”. Ja nie mam przed sobą czarnej ściany, dla mnie zawsze tli się tam jakieś światełko. Czasem mocniej, czasem słabiej, ale zawsze ufam, że to nie jest koniec. A osoba niewierząca zawsze dojdzie do tej ściany. Może nie przy pierwszym pacjencie, ale przy dziesiątym albo trzydziestym, i wtedy trudno się pozbierać – wyjaśnia spokojnie. Hospicjum, co bardzo ważne, obejmuje opieką rodziny osierocone. Psycholog pomaga im w przejściu przez czas straty – to ważne zarówno dla dzieci, jak i dorosłych w żałobie. Podkreśla jednak, że dobrze wykorzystane ostatnie chwile bardzo pomagają tym, którzy zostają po zmarłych. – Żałoba jest łatwiejsza, kiedy maksymalnie wykorzystuje się czas, który pozostał. Jeden z panów uparł się, że ostatnie święta chce spędzić u teściowej w górach. Wspólnie z jego żoną załatwiliśmy wszystko. Po jego śmieci ta pani przyszła i pokazywała mi zdjęcia z ich ostatniego wspólnego sylwestra spędzonego tam, w górach. Był bal przebierańców. Jej mąż, w tajemnicy, załatwił sobie strój stracha na wróble, a ponieważ był już bardzo chudy, wszystko na nim wisiało. Doskonale się bawili. Opowiadała mi o tym, pokazywała mi zdjęcia z uśmiechem na ustach, a łzy strumieniem płynęły jej po twarzy – wspomina.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama