Chcę żyć czterdzieści lat

– Cały czas siłuję się ze śmiercią na rękę – mówi Małgorzata Ostrowska. – Dlatego mam ją złamaną. Ale nie odpuszczę.

Są takie dni, kiedy ból ją powala. Zmienia się w małą, pobitą przez niego dziewczynkę i nie ma siły wołać: „Nie”. – Co cię boli? – pytam. – Kości. To jakby milion razy zwielokrotniony ból zęba. 

Kiedy indziej, gdy palce jej dłoni bieleją, dając znak, że znów brakuje czerwonych ciałek krwi, pokonana, nie ma sił nawet unieść głowy. W czerwcu zeszłego roku zdiagnozowano u niej złośliwego raka krwi. – Chemia ani radioterapia nie dały efektów, ale za półtora tygodnia dostanę lek, który przedłuża życie – mówi.

Kiedy spada jej hemoglobina, jedzie do szpitala, gdzie podają jej KKC, czyli koncentrat krwinek czerwonych – od trzech do ośmiu stawiających na nogi kroplówek po 400 mililitrów. Wtedy to ona znów zyskuje przewagę i może zajmować się ukochaną córeczką Julcią, ale też potrzebującymi pomocy podopiecznymi ze swojej Fundacji „Przetrwać cierpienie” (www.przetrwaccierpienie.org.pl). Założyła ją po próbie samobójczej i wyjściu z depresji, żeby ludzie nie chcieli sobie odbierać życia z powodu chorób i samotności. Patrzyła na nich ostatnio łapczywie, siedząc z narzeczonym Patrykiem na krakowskim rynku. To było sprawianie sobie jednej z kilku zaplanowanych wcześniej przyjemności.

– Zepsułam się w tym czasie kilka razy – słabo mi było, siły nie miałam, ale wypiłam niejedną café latte – uśmiecha się. – Myślę, że niebawem spotkam się też na winie z moimi podopiecznymi i przyjaciółkami z fundacji – Anią i Agatą – dodaje. I chce się wybrać do lasu, nasłuchać ptaków, owadów. Cały czas rozmawia o tym z Panem Bogiem. – To bardzo burzliwa wymiana zdań, czasem tupanie nogami – opowiada. – Rozmowa z Bogiem to rozmowa ze sobą, bo Pan Bóg jest w nas.
– Co Mu ostatnio powiedziałaś? – dopytuję.
– Jak chcesz mnie zabrać, to zabierz mnie szybko, w dniu, kiedy będę szczęśliwa.
– A co to jest szczęście?
– To chwila, wielka wartość. Siostra bliźniaczka miłości, która jest najważniejsza.

12 centymetrów

– Każdego dotykają jakieś tragedie – opowiada. – To nie zawsze jest choroba, ale śmierć członka rodziny, strata pracy. Więc nie jestem wyjątkowo doświadczona. Myślę, że nie po to się spotkałyśmy, żebym opowiadając o swojej chorobie, narzekała, jak to robi wielu. Mam taką zasadę, że kiedy jadę do szpitala, jak ognia unikam tych, którzy się nad sobą użalają. Wolę podejść do kogoś, z kim pożartuję. Porozmawiamy o naszych „łysych pałkach”, a nie umęczonych chemią głowach. Bardzo mi pomogły książki ks. Kaczkowskiego, który pisze, że ważne jest życie na petardzie. Nie wiemy, ile nam go zostało, dlatego warto je wykorzystać na maksa. Uczy, że do swojej choroby trzeba podchodzić z poczuciem humoru, ale nie można z niej żartować, bo jest śmiertelnie poważna.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama