Kotlet z misją

To nie jest zwykła porcja mięsa. To jest mięso społecznie zaangażowane. Smakowita porcja za kilka złotych. A jako dodatek – dobra przyszłość. Bezcenna.

Do sali restauracyjnej, o wystroju sympatycznym i nieco eklektycznym, gdzie mydło i powidło, a nawet pachnący i szeleszczący koper wisi na oknie – witrażu, schodzi się coraz więcej klientów. Siadają przy drewnianych stołach. W drogich garniturach lub w stylowej kiecce i na niebotycznych szpilkach. Albo w hipsterskim sweterku i spodniach rurkach. Młoda i rzutka Warszawa żywi się w prostej kuchni prowadzonej przez przedsiębiorstwo społeczne. Najpierw zawsze przychodzą mięsożercy. Potem, około 15, zjawiają się wegetarianie. Dla nich dziś będzie bakłażan nadziewany warzywami i orzechami. Autorskie danie pani Anny. – Mam dwie lewe ręce do kuchni. Kompletnie nie umiem gotować. No kompletnie. Po prostu nawet wodę przypalam – z kulinarną emfazą oraz dyszkantem oznajmia sympatyczna blondynka. – Ale to może i dobrze, że ja i moje koleżanki gotować nie umiemy? – zastanawia się, dopijając kompot. – Bo się tu stołujemy, a Rower się kręci… W Rowerze wszystko takie pyszne!

Pani Anna się uśmiecha. Może nawet i warto byłoby zrobić jakieś warsztaty kulinarne dla opornych? Choć może lepiej i nie. A nuż, widelec rzeczywiście nauczą się gotować? I na obiad nie wrócą. – Nasi goście są świadomi, dlaczego tu się stołują. Owszem, jest zdrowo i smacznie. Porcje duże i tanio. Ale oni mają i tę radość, że jedząc porządnego kotleta, wspierają potrzebujących – tłumaczy pani Anna.

Przepis na socjalizację

Na wielkiej tablicy kredą napisane menu. Dziś, prócz naleśników (porcja to trzy placki za 6 zł), można też zjeść zupę. Do wyboru świeżutki chłodnik i pachnąca zieloną witaminą zupa krem. Obficie posypana pietruszką. – Te warzywa… Chcielibyśmy mieć własne, uprawiać je bez sztucznych nawozów. Ale ziemi nie mamy, więc na razie musimy wszystko kupować. Może się znajdzie jakiś dobrodziej, który ziemię nam przekaże – marzy prospołecznie pani Anna. A tych jej marzeń jest jeszcze więcej. Na przykład, żeby stworzyć za Czerwonym Rowerem zielony plac kulturalno-rozrywkowy. W sercu starej Pragi. Żeby była trawa (najlepiej z rolek), leżaki, żeby się odbywały jakieś koncerty, żeby tętniło życiem i uspołecznieniem. Tak, uspołecznienie jest ważne i dla podopiecznych, i dla wszystkich mieszkańców.

Taki pan Nejmal. Przybył do Polski ze Sri Lanki, ponad dziesięć lat temu. Jak przybył? Tego nie pamięta. Straszliwa wojna w jego kraju. Trauma. Długa tułaczka. Ucieczka z miejsca do miejsca. W końcu w Polsce znalazł spokój. Czy wręcz… zbyt duży spokój. Kilka dobrych lat mieszkał w jednym z ośrodków dla uchodźców. Nawet się po polsku mówić nie nauczył. W końcu, ponad rok temu, trafił do Otwartych Drzwi. Najpierw, zalękniony i milczący, snuł się gdzieś po kątach. By z dnia na dzień, z tygodnia na miesiąc stać się podporą i energicznym pracownikiem. – Nie mogę sobie teraz wyobrazić kuchni bez Nejmala! – pani Anna chwali z nieskrywaną dumą. Nejmal i gotuje, i kroi, i uwija się, jak może. Sympatyczny, uśmiechnięty, zaprzyjaźniony z klientami jak mało kto. Po polsku mówi coraz lepiej.

Po trzynastej wszystkie stoliki już zajęte, a gości wciąż przybywa. – A w niedzielę to przychodzą całe rodziny. Dzieciaki tu biegają i sobie chwalą jedzenie. Nikt nie marudzi – mówi pani Basia. – Codziennie mamy inne menu. Goście najwięcej zjadają w czwartek, bo mamy pierogi. Robimy z różnym nadzieniem: szpinak, ruskie, z serem, z mięsem. Ale cały czas pracujemy nad recepturami i udoskonalamy przepisy – pani Anna, kulinarna perfekcjonistka i autorka większości rowerowych przepisów, grzebie widelcem w warzywnym naleśniku. – Farsz dobry? Może odrobinę jeszcze soli bym dodała… I codziennie, po zakończonym obiedzie, pani Anna sprawdza… kubeł. Na odpadki. Bo kubeł pokazuje najlepiej, czy dania smakowały i czy goście wyszli zadowoleni. Z reguły kubeł jest puściutki. I nic się nie marnuje. Chociaż raz…

– No wracam raz z miasta, bo musiałam coś załatwić. Zaglądam do kubła, a tam sporo klopsów… Klops. Niezbyt smaczne wyszły. Źle doprawione. Więc trzeba było zawinąć rękawy i na szybko kolejną (i smaczną) porcję robić. Goście nadal się schodzili, a niezjadliwych kotletów przecież nie podam…

Jasne, że nie wolno. Kotlet zawsze musi być smaczny. A najlepiej, gdy jest doprawiony misją.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama