Zagrożenie, którego nie widać

– To prawdziwy gigant, długi na niemal 180 m i szeroki na 22,1 m, jego zanurzenie wynosiło ponad 10 m. Gdyby umiejscowić go na gdańskiej Starówce, zająłby cały Długi Targ – mówi dr inż. Benedykt Hac.

W polskiej strefie ekonomicznej znajduje się ok. 20 tys. zidentyfikowanych obiektów podwodnych. Większość z nich to wraki statków, które stanowią realne zagrożenie dla bałtyckiego ekosystemu – korodujące zbiorniki paliwa mogą się w każdym momencie rozszczelnić.

Niebezpieczny gigant

Niemiecki zaopatrzeniowiec T/S „Franken” w ostatniej fazie II wojny światowej stacjonował w Zatoce Gdańskiej, głównie na redzie Gdyni lub Helu jako część grupy bojowej Thiele. Zaopatrywał dwie okrętowe grupy uderzeniowe, w których skład wchodziły m.in. krążownik „Prinz Eugen”, torpedowce „Panther”, trałowce M15, M18, M29, tankowiec „Breitgrund”, GÖ15 oraz łódź patrolowa V1706. Był jednym z pięciu bliźniaczych okrętów zaopatrzeniowych niemieckiej Kriegsmarine, razem z „Dithmarschen”, „Altmark”, „Ermland” i „Nordmark”.

Zbombardowany przez lotnictwo radzieckie zatonął 8 kwietnia 1945 roku w okolicach Helu. Z zeznań naocznych świadków wiemy, że kilkanaście minut po ataku statek przełamał się. Pierwsza zatonęła część dziobowa. Natomiast część rufowa, płonąc, dryfowała jeszcze przez ok. 20 minut. Statek zatonął, zabierając ze sobą zabitych marynarzy, paliwo znajdujące się w zbiornikach, amunicję i uzbrojenie. – Przybliżona pozycja wraku była znana hydrografom od momentu jego zatonięcia. Znali ją również rybacy, którzy tracili na wraku swoje sieci. Jednakże przez wiele lat nie było środków technicznych umożliwiających wystarczająco precyzyjne określenie pozycji tego obiektu. Stało się to możliwe dopiero w latach 80. XX wieku – wyjaśnia dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku. Badania sonarowe i batymetryczne potwierdziły istnienie dwóch części wraku. Główna, zawierająca w sobie rufę i śródokręcie, gdzie znajdowały się zbiorniki paliwa, wraz z dziobową nadbudówką o łącznej długości ok. 130 m, jest oddalona o ok. 420 m od części dziobowej o długości około 50 m. Jego lokalizacja w samym centrum Zatoki Gdańskiej jest niezmiernie niekorzystna pod względem zagrożeń ekologicznych.

Poważne zagrożenie

Instytut Morski w Gdańsku we współpracy z Fundacją „Mare” podjął się realizacji projektu „Redukcja negatywnego wpływu wycieków paliwa z wraku tankowca Franken”, który ma ograniczyć prawdopodobieństwo katastrofy ekologicznej i ekonomicznej w rejonie Zatoki Gdańskiej poprzez opracowanie bezpiecznego dla środowiska planu oczyszczania „Frankena” oraz zdobycie nań pieniędzy. „Potencjalny wyciek paliwa z wraku może zagrozić istnieniu obszarów chronionych i bardzo poważnie naruszyć ekosystem całej Zatoki Gdańskiej oraz zagrozić czystości wszystkich plaż – od Piasków na Mierzei Wiślanej, przez Władysławowo, aż po Hel. Bardzo poważnym skażeniem zagrożone są rezerwaty, obszary chronione i obszary Natura 2000.

Zalanie plaż paliwem z wraku ujemnie odbije się także na turystyce całego rejonu. Wyłączenie z eksploatacji i konieczność oczyszczania plaż o łącznej długości około 80 km w trackie trwania sezonu narazi przemysł turystyczny na straty liczone w setkach milionów złotych, bo szacuje się, że utrata jednego sezonu to dla gospodarki województwa pomorskiego ok. 500 mln zł straty” – informuje dr Hac we „Wstępnym planie oczyszczania wraku T/S Franken” na podstawie danych zebranych między 23 a 28 kwietnia.

5 z 13 zbiorników

– Na skutek korozji wraku co roku z kadłuba ubywa od 0,06 do 0,14 mm stali. Przy założeniu, że dla „Frankena” jest to 0,1 mm rocznie (to wartość typowa dla tego obszaru Bałtyku), po 73 latach zalegania na dnie z kadłuba wraku ubyło już ok. 7 mm stali, co oznacza, że „Franken” jest na granicy zawalenia się – podkreśla kierownik ZOOIM. Korozja to niejedyne zagrożenie dla wraku, którego usytuowanie względem silnych w tamtym rejonie prądów przydennych powoduje jego regularne podmywanie z obu stron. – Statek w środkowej części jest bardzo mocno podparty, a w części rufowej i dziobowej wisi. Biorąc pod uwagę jego długość [130 m – przyp. aut.], jest poddawany ogromnym naprężeniom, co doprowadzi do jego przełamania. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że w części o największym naprężeniu znajdują się wszystkie ocalałe zbiorniki paliwa [5 z 13 zbiorników – przyp. aut.] – mówi dr Hac.

Kierownik ZOOIM przyznaje, że w czasie ekspedycji nie znaleziono w zbiornikach żadnych wycieków ani śladów uszkodzenia. – Nie daje to jednak pewności, że są puste w środku, bo musielibyśmy zajrzeć do środka. Nawiercenie nie wchodzi w grę, bo takiego wycieku nie moglibyśmy już zatrzymać. Potrzeba nam specjalistycznego sprzętu, którym nie dysponujemy, ale jest on dostępny w innych państwach, gdzie oczyszcza się kilkadziesiąt wraków rocznie – dodaje.

„Franken” jako tankowiec na swoim pokładzie mógł przewozić do 9,5 tys. ton paliw oraz 306 ton olejów smarnych różnych typów. – Badania wykonane na wraku oraz dokumenty historyczne, które zdobyliśmy (m.in. są to meldunki HQ Kriegsmarine z kwietnia 1945 roku), wskazują, że w momencie zatonięcia na statku było nadal ok. 2,7 tys. ton ładunku oraz ok. 300 ton paliwa okrętowego, czyli potrzebnego do pływania. Łącznie daje to 1,5 mln litrów zatopionego paliwa bezpośrednio zagrażającego zatoce i okolicznym obszarom lądowym – wyjaśnia B. Hac. Obecny stan załadowania wraku „Frankena” jest nieznany – w trakcie ekspedycji nie udało się jednoznacznie określić, w których zbiornikach jest paliwo. Natomiast udało się określić, gdzie paliwo nie może się znajdować ze względu na rozszczelnienie. – To, że paliwo jest w zbiornikach, można wywnioskować po ich stanie. Te, w których ono się znajduje, są nieskorodowane, bo paliwo – podobnie jak olej – zapewnia ochronę przed wodą – wyjaśnia dr Hac.

Lokalne skażenie

Wrak szpitalnego statku „Stuttgart”, który zatopiony został w 1943 roku w Zatoce Gdańskiej na wysokości osady rybackiej w Gdyni, spowodował już znaczne szkody środowiskowe na skutek wycieku. – Był statkiem pasażerskim, tak więc paliwo, które z niego wyciekło, to jedynie zasoby, jakie statek miał we własnych zbiornikach, niezbędne do działania. Według badań przeprowadzonych w latach 2009–2015 obszar skażenia wyciekiem powiększył się 5-krotnie i wynosi aż 415 tys. m kw., a stan środowiska morskiego w bezpośrednim sąsiedztwie wraku można określić jako lokalną katastrofę ekologiczną. Badania przeprowadzone w obszarze skażenia wykazały 100-procentową śmiertelność zwierząt, postępującą degradację środowiska i stale rosnącą strefę skażenia – mówi dr Hac.

– Nie chcemy nikogo straszyć ani mówić o katastrofie ekologicznej w przypadku „Frankena”, ale wzbudzić świadomość społeczeństwa, a także rządu o poważnym podejrzeniu zagrożenia dużego wylewu paliwa – dodaje kierownik ZOOIM. Olga Sarna z Fundacji „Mare” podkreśla, że proces oczyszczenia wraku z zalegającego w zbiornikach paliwa wymaga dużych nakładów finansowych. – Dlatego tak ważne jest poparcie opinii publicznej oraz zainteresowanie problemem władz. W tym celu przygotowaliśmy apel poparcia, pod którym chcemy zebrać jak najwięcej podpisów. Znajduje się on na stronie fundacjamare.pl – mówi.

Nie tylko paliwo

Prof. Jacek Bełdowski z Instytutu Oceanologii PAN wyjaśnia, że cały Bałtyk był miejscem zrzutu starej broni chemicznej. – W sumie to ok. 40 tys. ton. W naszym rejonie jedno z takich miejsc zlokalizowane jest na Głębi Gdańskiej, czyli 16 mil od samego czubka Helu. Operacja odbywała się w 1954 roku pod przewodnictwem Marynarki NRD. Tuż po tym zrzucie doszło do wyrzucenia na plażę w rejonie Jastarni od strony otwartego morza bomby chemicznej zawierającej gaz musztardowy. W tym samym rejonie rybak wytrałował taką bombę sieciami – mówi prof. Bełdowski. W innych rejonach zatopień – Głębie Bornholmska i Gotlandzka – znajdują się obiekty, gdzie na powierzchni osadów widać iperyt, który przybrał postać brył podobnych do gliny.

W latach 90. XX w. Komisja Helsińska poprosiła wszystkie państwa, które mogą mieć wiedzę o zatopionej broni, o dostarczenie informacji do Helcomu. Utworzono specjalną grupę do spraw zatopionej amunicji, która przygotowała raport dotyczący zagrożeń. – Zyskaliśmy wiedzę o tym, co znajdowało się w arsenałach niemieckich, które zostały przechwycone przez aliantów i zatopione. Były tam m.in. cyklon B i tabun oraz inne związki oparte na arsenie – adamsyt i luizyt, których rozkład przebiega latami – wyjaśnia prof. Bełdowski. Dodaje, że przeprowadzana jest kategoryzacja ryzyka niebezpiecznych obiektów.

– Należy pamiętać o tym, że te bomby nie wszystkie jeszcze skorodowały, więc mówimy o odnawialnym źródle zagrożenia w całym Bałtyku. Pociesza fakt, że jest to powolny wyciek, jeżeli byłoby to gwałtowne uwolnienie, mogłoby dojść do katastrofy ekologicznej – wyjaśnia. – Dlatego dążymy do tego, by stworzyć dla tych, którzy podejmują decyzje, czyli dla ministra środowiska czy administracji morskiej, narzędzia do oceny ryzyka, by mogli zadecydować, jak z daną sytuacją się uporać. Bo może się okazać, że z tych 40 tys. ton, które mamy w Bałtyku, akcji wymaga tylko kilka procent. Pewne jest to, że do lokalnych skażeń doszło już w okolicach Bornholmu i Głębi Gotlandzkiej – mówi prof. Bełdowski.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.