Pamięć do wzięcia?

O drodze od rodzinnych wspomnień do dwóch prac naukowych i tym, skąd mógł się wziąć termin „polskie obozy śmierci”, mówi dr Paweł Greń.

Roman Tomczak: Kiedy myśli Pan: „Potulice”, to co pierwsze przychodzi Panu do głowy?

Paweł Greń: Dziadek, śmierć, dużo dzieci. Mój dziadek miał 11 lat, kiedy trafił do hitlerowskiego obozu pracy w Potulicach.

Kiedy pierwszy raz Pan o tym usłyszał?

Byłem wtedy studentem dziennikarstwa i wybierałem się na pierwszą w moim życiu konferencję naukową w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu. Poświęcona była Auschwitz widzianemu z perspektywy kobiet. Wtedy dziadek pierwszy raz powiedział mi, że ma za sobą obóz. Ale nigdy mi nie opowiedział, jak tam było. Zawsze odsyłał mnie do książek. Przed śmiercią wyjaśnił, że chciał mnie uchronić przed tą wiedzą.

Nie udało mu się...

Tylko rozbudził moją ciekawość. Dlatego moja praca magisterska, która potem ukazała się w formie książki „Pytania o pamięć”, zawierała rozmowy z byłymi więźniami Auschwitz. Pamiętam, że dziadek był z niej dumny. I ze mnie, że jestem spadkobiercą jego pamięci.

Z kim Pan rozmawiał, przygotowując „Pytania o pamięć”?

Między innymi z Augustem Kowalczykiem, Zofią Posmysz, Wandą Półtawską, Wilhelmem Brassem – słynnym portrecistą z Auschwitz, Marią Kisielewską-Podrez z Legnicy, Emilią Ślosarczyk, Wandą Metlińską, która trafiła do Auschwitz prosto z powstania warszawskiego, no i Kazimierzem Smoleniem, najpierw więźniem, potem twórcą i przez 35 lat dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Rozmowy trwały od 2008 roku do 2012. To był ostatni moment na takie spotkania. Już w trakcie wydawania „Pytań o pamięć” zmarło troje moich rozmówców, w tym Kazimierz Smoleń.

Ale ciągle nie było za późno, żeby zająć się tematyką obozową. Tym razem w aspekcie medialnej narracji, którą rozpowszechniano po wojnie, pisząc o Auschwitz w oficjalnej prasie.

Tak. Ten temat wywołał we mnie refleksje po pewnym ciekawym incydencie. W lutym 2013 r. zadzwoniła do mnie Maria Kisielewska-Podrez, prosząc o interwencję w sprawie lokum legnickiego koła Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Chciano to pomieszczenie odebrać, bo byli więźniowie zalegali z czynszem. Ja nie mogłem pomóc, dlatego poprosiłem o pomoc waszą redakcję. Artykuł, który ukazał się wkrótce w „Gościu Legnickim” [„Kącik dla kombatanta”, nr 9/2013, s. VII – red.], wywołał spore poruszenie nie tylko w środowisku kombatantów. Pojawiły się np. komentarze, że kombatanci chyba nie mają tak źle, skoro samorządowcy tak często pokazują się z nimi na uroczystościach, fotografują, wymieniają uściski i obietnice. A ja przy okazji rozmów z panią Kisielewską-Podrez dowiedziałem się, że to środowisko często jest wykorzystywane przez polityków do promowania się, np. przed wyborami, nic przy tym nie zyskując. Przypomniałem sobie, że jako uczestnik obchodów 65. rocznicy wyzwolenia Auschwitz na trybunie honorowej widziałem więcej polityków niż byłych więźniów. Przekonałem się na własne oczy, że jest to dla nich często arena do zbijania kapitału politycznego na obozowej przeszłości więźniów. Taką areną były także gazety opisujące te uroczystości. Zrozumiałem, że problem jest poważny. Postanowiłem przyjrzeć się temu zjawisku bliżej, w szerszym, ogólnopolskim kontekście. Tak rozpocząłem badania nad dyskursem prasowym o Auschwitz po 1945 roku.

Co wynika z tych badań?

Wynikiem tych badań jest mój doktorat i książka „Pamięć a media. Obchody wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau w dyskursie prasowym”. A wnioski? Mniej więcej do 1948 r. panowała różnorodność w opisywaniu obchodów wyzwolenia obozu. Z czasem scentralizowana prasa komunistyczna przyjęła jedną narrację, według której więźniami Auschwitz byli głównie Polacy, pomijając lub umniejszając ofiarę Żydów. Od 1986 r. Żydzi pojawili się w narracji prasowej jako najliczniejsza grupa ofiar Auschwitz, ale za to ustalona do tej pory liczba ofiar „spadła” po 1989 r. z 4 mln do 1,1 miliona. Drugi wniosek dotyczy genezy powstania określenia „polskie obozy śmierci”. Powojenna narracja żydowska na temat obozów pisana była głównie na Zachodzie i to w jidysz lub angielskim. „Polskie obozy” – bo były na polskiej ziemi. Trudno było dostrzegać rosnące zagrożenie z perspektywy Polski Ludowej, zamkniętej na świat i propagującej swoją narrację. Auschwitz przez lata był i jest nadal miejscem wykorzystywanym instrumentalnie przez polityków. Miejscem pamięci. Każdy może „wziąć” z niego tę „pamięć”, która jest mu akurat potrzebna, wygodna. Owszem, walka o uniwersalizację pamięci o Auschwitz trwa. Ale wydaje mi się, że jest już nie do wygrania.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.