Najlepiej rozumiane carpe diem

Nieco ponad rok temu dla nieba urodziła się Aniela Maria. I to jest wielka radość.

Irena i Maciej Kaczyńscy mieszkają wraz z dziećmi pod Grójcem. Rozalia Maria ma lat sześć, Janina Maria cztery, Piotr Andrzej dwa i pół. A Anielka Maria, gdyby żyła na ziemi, miałaby nieco ponad roczek. Ma więc razem, życia ziemskiego i anielsko-niebiańskiego – rok i dziewięć miesięcy. Rodzice i rodzeństwo bardzo ją kochają. Choć i tęsknią.

Pytania

Kaczyńscy mieszkali wówczas w Warszawie. Piotruś miał roczek, gdy Irena zaszła w czwartą ciążę. Radość dla rodziców, radość dla rodzeństwa. – Pierwsze USG było w porządku. Na kolejne pojechałam sama, w 12. tygodniu ciąży – wspomina Irena. – Z panią doktor rozmawiałyśmy bardzo ciepło o dzieciach, macierzyństwie. Miłe chwile…

Jednak gdy lekarka rozpoczęła badanie, szybko zamilkła. Zmienił się wyraz jej twarzy. Irena poczuła, że coś jest nie tak. – Powiedziała po chwili, że „obszar bezechowy” jest duży. Jednocześnie zaznaczyła, że ma słaby aparat, więc trzeba badanie powtórzyć. Była bardzo wspierająca. Wypisała skierowanie do szpitala. Wyszłam z gabinetu oszołomiona, nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Płakałam w samochodzie, dzwoniąc do męża… – opowiada.

Maciej dojechał szybko. W jednym z warszawskich szpitali małżonków przyjął młody lekarz. Zbadał i rzeczowym tonem, zimno powiedział: „To jest bezczaszkowie”, czyli wada letalna. Dziecko umrze. Pytanie kiedy.

Wtedy padło też kolejne pytanie: „Czy zdecydowałaby się pani na terminację?”. Bo takie jest prawo i taki „wybór”. O innym wyborze, chociażby o hospicjum perinatalnym, o możliwości donoszenia ciąży Kaczyńscy się nie dowiedzieli. – To ja zaczęłam pytać, jak może przebiegać ciąża, czy coś mi grozi. Dowiedziałam się, że z perspektywy organizmu matki ciąża będzie przebiegać zwyczajnie, nie jest zagrożeniem – opowiada Irena.

Trudno. Byli razem i chcieli zapewnić maleństwu najlepszą opiekę. Od razu mimo bólu, strachu, łez małżeństwo wiedziało, że ich Anielka – bo tak jej dali na imię – ma mało czasu ziemskiego. To zbyt cenne momenty, by poświęcać je sprawom drugorzędnym. Czuli też, że bolesny przekaz: „ciąża jak porażka” lepiej zapomnieć. – Nasze dziecko, mimo że chore letalnie, nie było porażką. Takim stworzył je Bóg. Kochaliśmy je bardzo od początku – zapewniają.

Po diagnozie Kaczyńscy idą… na małżeńską randkę do restauracji. Idą też do kościoła. Wzmocnienie fizyczne, psychiczne i duchowe. Jakże potrzebne.

Odpowiedzi

Nie było w nich rozżalenia, nie pytali: „Panie Boże, dlaczego my?”. Kaczyńscy wiedzieli, że to ich droga. Obawiali się jednak o starsze dzieci, które wiedziały o siostrzyczce. Cieszyły się Anielką. Najstarsza, Rózia, snuła plany, że będą w parach chodzić. Ona z dzidziusiem, Janka z Piotrusiem. – Wstrzymaliśmy się na jakiś czas z mówieniem o nowym dziecku. Najpierw sami musieliśmy to wszystko sobie uporządkować. Na szczęście jednak od września 2018 roku byliśmy pod opieką warszawskiego hospicjum, które pomagało nam przez kolejne miesiące. Pani psycholog przygotowała nas, w jaki sposób rozmawiać ze starszymi dziećmi o Anielce – wspomina Irena.

Małżonkom towarzyszyła też obawa, czy Anielka przeżyje poród. Bardzo chcieli ją ochrzcić. Irena napisała prośbę o modlitwę w tej intencji na Twitterze. Wpis rozprzestrzeniał się błyskawicznie. I tak za Anielkę i jej rodziców zaczęły modlić się tysiące. Tymczasem, dziewczynka rosła, fikała i rozpychała się jak każde dziecko. Rodzice przygotowywali się do porodu, a Irena była pod opieką dobrych lekarzy, dla których każde życie i każde dziecko jest darem i wartością.

Przygotowania

– Obawiałam się, że nie zdążę dojechać na czas do szpitala. A w przypadku chorego dziecka miejsce porodu i opieka położnej i lekarza są ogromnie ważne. Starsze dzieci rodziłam błyskawicznie, więc moje obawy były uzasadnione – wspomina Irena. – Potem okazało się, że Pan Bóg i ten problem rozwiązał.

Tuż przed Bożym Narodzeniem Kaczyńscy zdecydowali się porozmawiać o Anielce z dziećmi, szczególnie z najstarszą córką Rózią. – Nie zasypywaliśmy ich informacjami, pozwoliliśmy im ochłonąć, czekaliśmy cierpliwie, gdy zaczną pytać. Odpowiadaliśmy prosto. Mówiliśmy, że Anielka ma źle zbudowany mózg, by dzieci spróbowały zrozumieć, że to niczyja wina, że Anielka jest chora – opowiadają Kaczyńscy.

Niedługo potem Rózia podeszła do Anielki w brzuszku i powiedziała: „Nieważne, że nie masz mózgu. Pójdziesz do nieba. W niebie nie potrzebujesz mózgu”. I po każdym pacierzu śpiewała siostrzyczce kołysanki.

Życiowi bohaterzy

Dzieci wiedziały, co się stanie. Rodzice pojadą do szpitala, mama wróci sama, a Anielka pójdzie prosto do nieba. Nie do domu. To był najbardziej realny scenariusz. Pod koniec stycznia 2019 roku, gdy minął termin porodu, a akcja porodowa się nie rozpoczynała, Kaczyńscy pojechali do szpitala. Irena tam została, więc problem z długim dojazdem i krótkim porodem został rozwiązany. Był czwartek. Dzień później podłączono Irenie oksytocynę. Dzieci zostały w domu pod czułą opieką ukochanej cioci Urszuli, młodszej siostry Ireny. – Ula to pierwszy cichy bohater tamtych dni. Drugim był nasz znajomy ksiądz Piotr, który w czasie ciąży modlił się za nas i nas wspierał – wspomina Irena.

– Gdy podano oksytocynę, ksiądz przyjechał do szpitala, modlił się z nami, rozmawiał, błogosławił. To duchowe wsparcie było dla nas umocnieniem i wielkim dobrem – opowiada Maciej.

Trzeci cichy bohater, a raczej bohaterka, to położna Kasia. Mądra, subtelna, gdy trzeba – pomocna. – Miałam nadzieję, że Anielkę uda się ochrzcić, więc poprosiłam o to położną. Gdyby oczywiście Anielka przeżyła. Położna przygotowała wodę. Mimo że nigdy nie przyjmowała na świat dziecka z bezczaszkowiem, była profesjonalna, delikatna, czułam się przy niej bezpiecznie.

Akcja porodowa trwała. W końcu położna krzyknęła z nieskrywaną radością: „Żyje”! – wspomina.

Chrzest

To były sekundy. Położna podała Anielkę ojcu. „Anielo Mario, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Spełniło się wielkie marzenie Ireny. O tym, co wydarzyło się potem, nawet nie marzyła. Anielka wzięła nie tylko trzy wymarzone oddechy, ale dużo, dużo więcej…

– Dostałam ją do piersi – mówi wzruszona matka. – Tak cudownie mruczała, a jej serduszko biło. Nie płakała. Oddychała delikatnie, a gdy ją głaskałam, mruczała jakby ciut głośniej – przywołuje wspomnienia. – Nie sprawiała wrażenia, by cierpiała, ale od pierwszej chwili po porodzie dostawała leki przeciwbólowe. Na wszelki wypadek – dopowiada ojciec.

– Od czasu diagnozy staraliśmy się kolekcjonować dobre chwile z Anielką. Żeby niczego nie przeoczyć, by przeżyć najlepiej, jak się da, czas z nią. Po porodzie okazało się, że tego czasu mamy więcej, tego dobra wspólnego było więcej, niż mogliśmy przypuszczać – Irena uśmiecha się, patrząc na zdjęcie Anieli Marii w maleńkiej czapeczce. – To było takie najlepiej rozumiane carpe diem.

Dni światła

Jaka była Anielka?

– Cicha, spokojna, taka… pokorna – mówi mama. – Wszystkie dni z nią były przepełnione światłem. Dwa pierwsze dni trwaliśmy przy niej w szpitalu. Ona cały czas była, oddychała i mruczała. Wywoływała tym naszą radość, ale i personelu szpitala. Próbowałam ją przystawić do piersi, ale nie umiała ssać. Mąż zaczął się modlić na różańcu. W miarę kolejnej dziesiątki powolutku Anielka zaczęła ssać. Troszeczkę. Tyle, ile jej wystarczało, a nie szkodziło. Wymodlone karmienie – mówi.

Zwykle to mózg steruje odruchem ssania. W przypadku Anielki kierowała nim miłość matki. I więź, która jest silniejsza od zasad i medycznej wiedzy. Irena karmiła cztery dni. Potem ssanie sprawiało Anieli zbyt wielki wysiłek, otrzymywała więc odrobinę pożywienia specjalną sondą.

Przez trzy dni Kaczyńscy nie informowali starszych dzieci o tym, że Anielka żyje. Dopiero po rozmowie z hospicjum, gdy padła propozycja, by wrócili z Anielką do domu, powiedzieli dzieciom. Ogromna radość sióstr i brata. Pierwsze zdjęcia i filmik. Oczekiwanie na siostrzyczkę. Tymczasem gdy nadzieja na dłuższe wspólne życie zaczęła kiełkować w matce, saturacja spadła. Pojawiła się gorączka, tętno zaczęło szaleć. – Tuliłam małą i nuciłam kołysankę. Byłam niemal pewna, że to już koniec – mówi Irena.

– Irenka nie spała pełny tydzień ani chwili. To był nadludzki wysiłek, do którego zdolna jest tylko matka – mówi Maciej.

Potem Anielka odzyskała siły. Gorączka słabła. W końcu udało się zabrać dziecko do domu. Powrót był pięknym i wielkim wydarzeniem. Irena niosła zawiniątko z dumą, jakby trzymała największe trofeum. Kaczyńscy wspominają, że mieli odczucie wielkiej jasności, wszechogarniającego światła. A przecież to był początek lutego. Zimno i szaro.

Irena na Twitterze 4 lutego 2019 r. napisała: „Wymodliliście nam ją. Anielka ma trzy dni. (…) Będzie odchodzić w domu. Przerasta mnie to szczęście i nie zapomnę Wam nigdy, że o nią walczyliście”.

Starsze rodzeństwo, chociaż przecież małe, przyjmuje siostrę z radością i spokojem. Nie ma bieganiny, pisków. Wiedzą, że Anielka pójdzie do nieba, ale najpierw pobędzie chwilkę z rodziną. Rózia nadal śpiewa Anielce, widać między siostrami więź, trudną do racjonalnego wytłumaczenia.

Do rodziny przychodzą też panie z hospicjum: pokazują, jak małą pielęgnować. Stwarzają atmosferę bezpieczeństwa i pokoju. – Nie wiedzielibyśmy bez nich, co robić, jak się zachować. Przy nich czuliśmy się pewnie.

Chrzciny

W czwartek do Kaczyńskich zjechało się pół rodziny. Babcie coś gotowały, dzieci się kręciły, bawiły. Rózia śpiewała mruczącej Anielce kołysankę: „Śpij Anielko, śpij Anielko, śpij”. Takie to były Anielczyne chrzciny. Kaczyńscy zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie. W jego centrum maleńka dziewczynka, którą dotknął Bóg.

Piątek. Anielka była jakaś inna. Piękna, rozpromieniona. Nie wyglądała już jak czerwony noworodek, stała się śliczną dziewczynką. Rodzice czuwali nad nią i podziwiali jej subtelne rysy, wykrojone na miarę usta. Była idealna.

Około godziny drugiej zaczęło się dziać coś niepokojącego. Anielka oddychała z coraz większym trudem, od czasu do czasu delikatnie drżała, nie przyjmowała jedzenia. Rodzice zadzwonili do hospicjum. Lekarka potwierdziła, że Anielka odchodzi do innego świata. Rózia tłumaczyła młodszej siostrze: „Cichutko. Musisz być spokojna. Pójdziesz do nieba. Tam na ciebie czeka Matka Boża”. Dzieci rysowały Anielkę pod opieką pań z hospicjum, a jej oddech powoli gasł. – W końcu wzięłam ją na ręce. Przestała oddychać, umarła spokojniutko – mówi Irena.

Salve Regina

Umyła ją mama, ubrała w najpiękniejszą sukienkę i w czapeczkę. Położyła na koronkowej podusi. Kaczyńscy zapalili świecę, zaśpiewali „Salve Regina”. I tak nastał wieczór, dzień siódmy.

Potem był pogrzeb. – Podczas homilii ksiądz opowiadał naszą historię w kluczu historii stworzenia świata. To faktycznie było nasze siedmiodniowe stworzenie świata: świata z Anielą, która była z nami krótko, a przyniosła ogrom miłości, dobra. I która zmieniła świat wielu osób nam znanych i zupełnie nieznanych – mówi Maciej.

– Nie wiemy, ile podobnych historii dzieje się obok. Nie wiemy, ile rodzin oczekuje na dzieci chore tak jak Anielka. Ale tak się dzieje, a bywa niestety, że rodzice podejmują inną niż my decyzję – dodaje Irena. – Chcieliśmy zaświadczyć, że otrzymaliśmy pewne zadanie, najpierw trudne i bolesne, które jednak okazało się światłem i błogosławieństwem. Życie Anielki trwało aż siedem idealnych dni. Tęsknimy za nią po ludzku, ale czujemy jej obecność – dzieli się Irena.

Przed półtora rokiem historia Anielki docierała do wielu przez Twitter. Obcy ludzie czytali, pisali, modlili się, pytali, dziwili. Analizowali. Nawracali się. Myśleli o Anielce i jej rodzicach.

Irena na Twitterze 8 lutego 2020 r. napisała: „Właśnie mija rok od śmierci mojej córeczki. Nie wiedziałam, że z dzieckiem, które odeszło, trzeba zbudować zupełnie nową relację. Anielka przeszła z bezsilności w moc. Jest w naszym życiu i czuwa. A my żyjemy w jej blasku”.

Może i Anielka uratowała życie niejednemu dziecku.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg