à (z tyldą)

Czy nauczycielka może się bać nauki? Czy nie-Kaszubka może uczyć innych kaszubskiego? O pasji i zachwycie kaszubizną opowiada Edyta Pawlak, nauczycielka z Włynkówka.

Właściwie ze Słupska, bo tam mieszka z mężem Mirosławem (nauczycielem gry na trąbce) i dwiema córkami. I trochę z Chodzieży, gdzie spędziła pierwszych 19 lat życia. Od dwóch lat uczy w Szkole Podstawowej we Włynkówku pod Słupskiem, głównie edukacji wczesnoszkolnej, a także języka kaszubskiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak coraz więcej szkół z tego terenu poszerza ofertę edukacyjną o taką możliwość, gdyby nie to, że Edyta Pawlak, Wielkopolanka, nie ma z Kaszubami nic wspólnego. Nic, poza tym, że zachwyciła się nimi – tymi geograficznymi i tymi z krwi i kości.

Kaszubską mowę po raz pierwszy usłyszała podczas letnich rekolekcji oazowych w latach 80. Poznała wielu Kaszubów, z niektórymi się zaprzyjaźniła. Mieli w sobie coś, co wzbudzało jej ciekawość: pracowitość, oddanie rodzinie, zatroskanie o wiarę, świadomość korzeni. Kilka dekad trwało, aż sama stała się nauczycielką języka, który spaja tę blisko ćwierćmilionową populację Pomorzan, w tym ponad 100-tysięczną używającą tego języka na co dzień.

Szimek na dywanie

Dwanaścioro maluchów siedzi w klasie na dywanie. Jednych rodzice zapisali na zajęcia kaszubskiego z sentymentu do wakacji spędzonych gdzieś pod Pomieczyńską lub Klukową Hutą, innych – bo ten język znał ich przodek, jeszcze innych ze względu na częste wycieczki w te rejony przewidziane w programie nauczania.

Kilkulatki poznają dziwną literę: ã. To a z tyldą, czyli falą na górze. Używa się jej zarówno w kaszubskim, jak i portugalskim, wietnamskim czy południowoafrykańskim języku !Xóõ. Grupa wymawia na głos egzotyczną spółgłoskę. Dziwna melodia, trzeba łamać swoje nawyki, by wydobyć nosowy dźwięk. „Ja chyba już wiem!”, woła z euforią jedno z dzieci. To radość z poznawania nowego. Odtąd Szymon chce być podczas tych lekcji nazywany Szimkiem, a Janek – Jónkiem. Tylko Ines musi zostać przy swoim, nieprzetłumaczalnym na kaszubski imieniu.

Edyta Pawlak widzi, że dzieciom podoba się ta nie ich mowa. Już nie tylko na zajęciach mówią po kaszubsku. „Do ùzdrzeni” – machają na pożegnanie, gdy spotykają ją na szkolnych korytarzach. Z biegiem dni rozumieją coraz więcej, same rozpoznają, że „kiełbasa” brzmi po kaszubsku tak jak po niemiecku (którego też się uczą), a „pies” jak po polsku. Jej rolą jest im wytłumaczyć, że Kaszubi żyli w sąsiedztwie Polaków i Niemców. I że sąsiedztwo, inność, odbijają się w języku.

Srebro za wiedzę

Nie trzeba być Kaszubą, by nauczyć się mówić po kaszubsku. Jedni uczą się tego, pracując z Kaszubami na budowie, inni na wykładach. Pomysł, by nauczyć się kaszubskiego, przyszedł Edycie Pawlak jak natchnienie. – W Piśmie Świętym znalazłam słowa, by nie żałować srebra na naukę. Zrozumiałam, że już sama nauka jest wartością, że talentu nie należy zakopywać – wspomina. – Jestem uparta. Zbierałam pieniądze i w wieku 50 lat zaczęłam uczyć się kaszubskiego.

Chociaż jest nauczycielką, musiała sama przed sobą przyznać się do porażki: poziom akademicki okazał się dla niej zbyt trudny, zupełnie nie rozumiała słupskich wykładowców. Dopiero gdy przeniosła się na trzymiesięczny kurs i gdy pokonała lęk przed kompromitacją (bo jej kursowe koleżanki okazały się od niej o kilkanaście lat młodsze), uwierzyła, że prócz serca ma do kaszubszczyzny talent.

Wtedy też przekonała się, jak ważna jest osobowość nauczyciela. Mówić i pisać uczył ją Dariusz Majkowski, były redaktor naczelny miesięcznika „Pomerania”, współautor „Biblii w obrazkach dla dzieci po kaszubsku”. – Co ten człowiek ma w sobie, że tak chce się tego słuchać? – zastanawiała się, gdy jej uszy zaczęły z łatwością przyswajać nieznane zgłoski. Jego rad postanowiła słuchać dokładnie, nawet tej, by ostatni tydzień przed egzaminem mówić wyłącznie w tym języku. – Rodzina nie mogła ze mną wytrzymać – śmieje się pani Edyta, lecz przyznaje, że było warto nadwerężyć ich cierpliwość: żadnej z jej koleżanek Kaszubek nie udało się zdać w pierwszym podejściu egzaminu na Uniwersytecie Gdańskim, kwalifikującego do nauki kaszubszczyzny − tylko jej, i to z wysoką notą.

Dotąd nie może wyjść ze zdumienia: jak zdołała nauczyć się języka w trzy miesiące? – Urzekła mnie melodia tego języka. Słuchałam płyt, otaczałam się nim – mówi i dodaje: – Zazwyczaj jak się za coś biorę, to wydaje mi się, że to, co robię, nie jest dobre. Ale okazuje się, że tyle wystarcza. A potem, jak to się mówi, „odpowiedź Boga już jest w drodze”. Czasem trudno to znieść, bo ile będzie szedł Jego list? Ten szedł półtora roku – mówi o okresie życia, gdy bezskutecznie szukała pracy w oświacie. Kaszubszczyzna otworzyła jej zamknięte drzwi.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.