Nasze dzieci z Afryki

Misje na Czarnym Lądzie czasem prowadzą do buszu w dalekim kraju, a czasem… do komputera, na pocztę, między „papiery”. Grono twoich bliskich może powiększyć się dzięki kilku kliknięciom w internetowy formularz.

Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata „Maitri” to jedno ze środowisk, które propaguje Adopcję Serca – dzieło towarzyszenia ubogim dzieciom, młodzieży, wspierania ich finansowo, by mogli zdobyć wykształcenie. Wrocławska wspólnota Ruchu działa przy parafii pw. św. Augustyna przy ul. Sudeckiej. We wrześniu jej członkowie zorganizowali przy kościele pw. NMP Nieustającej Pomocy (Muchobór Mały) Dzień Adopcji Serca. Wikary z tej parafii, ks. Piotr Sierzchuła, sam jest zaangażowany we wspieranie młodych Afrykanów.

Spotkanie w Rwandzie

– Włączyłem się w to dzieło, kiedy zostałem księdzem – w roku 2009 – wspomina. – Chciałem, by moje kapłaństwo wiązało się z podjęciem takiego zobowiązania, również z jakimś wyrzeczeniem materialnym. W Maitri przydzielono mi chłopca imieniem Phelecis, z Rwandy. W tym kraju żyją trzy plemiona – Hutu, Tutsi i Twa, czyli Pigmeje, bardzo niskiego wzrostu, stanowiący ok. 2 proc. populacji. Do trzeciego plemiona należy Phelecis. Jego społeczność jest zepchnięta na margines, zapomniana przez władze. On sam, już 17-latek, chodzi jeszcze do podstawówki. Dzięki temu, że włączono go do programu pomocowego, jest zmobilizowany do tego, by przychodzić do szkoły, czegoś się nauczyć. Ma tam zapewnione jedzenie, ubrania. Pisujemy do siebie listy, on przysyła również swoje świadectwa – opowiada. Ksiądz Piotr miał okazję odwiedzić swojego podopiecznego przy okazji pielgrzymki organizowanej przez pallotynów. – Był bardzo przejęty. Czekał na mnie przez kilka godzin. Przyszedł z ciocią, podarował mi dwa duże gliniane dzbany, które jego rodacy wyrabiają (niósł je 10 kilometrów!), matę ze słomy, koszyki. Niestety do samolotu nie mogłem zabrać zbyt wiele, ale część przywiozłem jako pamiątki do Polski. Kapłan podkreśla, że spotkanie było ważnym wydarzeniem. – Phelecis zobaczył, że za pieniędzmi na jego edukację stoi konkretna osoba, która chce mu pomóc. Ja też mogłem zobaczyć przed sobą człowieka, którego wspierałem od jakiegoś już czasu. Podarowałem mu plecak, piłkę, koszulki. Spotkałem się też z innym chłopcem, którego nasza parafianka zaadoptowała 18 lat temu, gdy się urodził. Pochodzi z tej samej miejscowości co mój podopieczny. Przekazałem mu dary oraz pozdrowienia od tej pani – mówi ks. Piotr, dodając, że SP nr 28 na terenie jego parafii również podjęła się adopcji dziecka. – W Maitri jest duża elastyczność, jeśli chodzi o formy pomocy. Można tylko przekazywać pieniądze na rzecz dziecka – i to jest bardzo cenne, a można nawiązać z nim głębszą więź, wymieniać się listami, zdjęciami – mówi Katarzyna Majcher, odpowiedzialna za wrocławską wspólnotę ruchu.

Tysiące konkretnych twarzy

„Maitri” znaczy przyjaźń. Ruch narodził się w latach 70., jako owoc spotkania jego założyciela z Matką Teresą z Kalkuty. – Przez lata formy pomocy się zmieniały. Najpierw polegała ona głównie na wysyłaniu paczek do Indii. Po ludobójstwie w Rwandzie, do którego doszło w 1994 roku, w Maitri rozpoczęła się Adopcja Serca. Misjonarze potrzebowali długofalowej pomocy dla konkretnych dzieci – mówi Katarzyna. Ruch współpracuje ze zgromadzeniami misyjnymi, od których otrzymuje informacje o konkretnych osobach, ich sytuacji materialnej; potem listy od tych, którzy korzystają ze wsparcia. Pracownicy i wolontariusze Maitri przesyłają z kolei do Afryki listy od ofiarodawców. – Wiadomości przychodzące z Afryki są często ozdobione przez dzieci pięknymi rysunkami. Piszą, jak im idzie w szkole, wspominają, że urodził im się braciszek, że ktoś zachorował na malarię, opisują lokalne święta. Czasem w korespondencji znajdujemy ślady dramatycznych wydarzeń. Na przykład w Kongu panuje niebezpieczna sytuacja – dzieci wspominają o grasujących bandach, porwaniach dla okupu – opowiada K. Majcher. Krążące informacje i listy kryją niezliczoną ilość ludzkich historii. Na przykład małej Belyse, którą opiekuje się babcia. Jej mama jest w śpiączce, leży w szpitalu. „W ich mieszkaniu – czytamy w informacji nadesłanej przez siostrę pallotynkę – są dwie ławki, dwa rondle, trzy garnki, cztery kauczukowe gobeliny”. Sabine Umuraza z Rwandy znalazła się pod opieką Maitri w 1994 roku, jako siedmiolatka, zaraz po ludobójstwie, do którego doszło w jej kraju. Straciła wówczas ojca. Mieszkała z siedmiorgiem rodzeństwa, a ich mamie trudno było choćby zdobyć dla wszystkich jedzenie, nie mówiąc już o opłaceniu edukacji. Dzięki pomocy finansowej ze strony ruchu Sabine mogła się kształcić. Znalazła pracę i postanowiła ukończyć studia magisterskie.

Od kuchni

Zasady funkcjonowania dzieła są proste. – Comiesięczna składka ofiarodawcy na edukację dziecka wynosi 13 euro (lub 17 euro w przypadku szkoły średniej w niektórych krajach). Z tego 12 euro przesyłamy misjonarzom, a 1 euro przeznaczamy na cele administracyjne – na wydatki związane z przelewami, znaczkami, administrowaniem bazą danych, materiałami biurowymi – tłumaczy K. Majcher. – To, co zostaje, przeznaczamy na fundusz ogólny adopcji (z niego są utrzymywane dzieci, dla których jeszcze nie ma ofiarodawców albo których ofiarodawcy zalegają z wpłatami) oraz na fundusz dożywiania. Bo oprócz Adopcji Serca wspieramy również finansowo ośrodki dożywiania w Kibeho w Rwandzie i w Demokratycznej Republice Konga. Na ten fundusz przyjmujemy też wpłaty doraźne, dowolnej wielkości, wpłacane przez wybrany przez ofiarodawcę okres lub jednorazowo. Celem adopcji jest wykształcenie dziecka. Chodzi zwykle o ukończenie 6-letniej podstawówki i 6-letniej szkoły średniej. Zdarza się, że ofiarodawcy zostaje przydzielona osoba będąca już na jakimś etapie edukacji. Bywa jednak, że pomocy potrzebuje maleństwo poniżej wieku szkolnego, którego rodziców nie stać nawet na wyżywienie. Informacje o potrzebujących pomocy dzieciach przekazują misjonarze przysyłający specjalne kwestionariusze. Jeśli ktoś decyduje się włączyć w Adopcję Serca (lub w dzieło dożywiania), wypełnia deklarację, wybierając program pomocy. Może to zrobić elektronicznie na wroclaw.maitri.pl. Tam też należy pobrać deklarację, wydrukować ją, wypełnić i przesłać pocztą lub przynieść do klasztoru kapucynów w parafii św. Augustyna przy ul. Sudeckiej 90 bądź na wtorkowe spotkanie wspólnoty. – My przesyłamy odpowiedź na taką deklarację razem z podstawowymi informacjami. Czekamy na wpłatę pierwszej składki (to potwierdzenie deklaracji) i w ciągu miesiąca przydzielamy dziecko – tłumaczy pani Kasia. Wyjaśnia też, że konto, na które dokonywane są przelewy, należy do parafii. Zarządza nim zakonny ekonom. Wpłat dokonuje się w złotówkach. Co roku ofiarodawca otrzymuje potwierdzenia wpłat za rok ubiegły, rozliczenia, informator o działalności Maitri oraz podsumowanie wydarzeń.

We Wrocławiu

Ofiarodawca otrzymuje dane podopiecznego, informacje o jego potrzebach. Może nawiązać z nim korespondencję – z wyjątkiem dzieci z Sudanu. – Tam nie pozwala na to sytuacja polityczna, ale też fakt, że dzieci znają zazwyczaj tylko język arabski. Tłumaczenie listów z tego języka byłoby trudne – mówi wrocławska odpowiedzialna. – W innych krajach, w których pomagamy, jak Rwanda, Demokratyczna Republika Konga, Madagaskar, możliwość korespondencji istnieje. Można pisać po polsku – mamy wolontariuszy, którzy tłumaczą listy (największe zapotrzebowanie dotyczy języka francuskiego). Nawiązaliśmy współpracę z Uniwersytetem Wrocławskim – możemy przyjmować studentów na praktyki wolontariackie. Ofiarodawcy często traktują dziecko jak członka rodziny. – Gdy dowiadują się z listu, że było chore, dopytują, czy nie trzeba dodatkowych pieniędzy na leczenie. Chcą przesłać dodatkowy prezent. Misjonarze jednak tego nie polecają, aby nie wyróżniać nikogo, nie budzić zazdrości między dziećmi – tłumaczy K. Majcher. – Można natomiast coś drobnego dołączyć do listu: jakieś pocztówki, zdjęcia. Wspólnie z kolegami z pracy mamy adoptowaną Monikę w Kongu, 12-latkę. Wysyłamy jej kolorowe naklejki. Adopcję można podjąć wspólnie z innymi. We Wrocławiu Maitri działa na zasadzie wolontariatu. Wspólnotę tworzy kilka osób spotykających się co wtorek o 18.00 w parafii pw. św. Augustyna. Wrocławski ośrodek, złożony z kilku wolontariuszy, otacza opieką ok. 500 dzieci. Największy ośrodek, w Gdańsku, zapewnia pomoc ok. 2,5 tys. Stamtąd co jakiś czas ktoś udaje się do Afryki, dbając m.in. o sprawy porządkowe. – Wtorkowe spotkania wypełniają głównie sprawy organizacyjne, ale także wspólnie modlimy się, mamy swoją formację, coroczne rekolekcje. Naszym opiekunem z ramienia parafii jest br. Jacek Siemieniak OFM Cap, który sam był na misjach w Czadzie – mówi Katarzyna. – Kiedy do Polski przyjeżdża jakiś misjonarz, organizujemy Niedziele Misyjne, podczas których dzieli się z ludźmi swoim doświadczeniem pracy na misjach, propagujemy informacje o Adopcji Serca. Współpracujemy też z innymi organizacjami, które w podobny sposób adoptują potrzebujących. Możliwości działania jest mnóstwo. Zapraszamy.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.