Codzienny koniec świata

O fascynacji Polską, podobieństwach z Chorwacją i o Chorwatach, którzy nie przyjadą nad Bałtyk, mówi Goran Andrijanić, chorwacki dziennikarz, który przeprowadził się z Chorwacji do Polski.

Jacek Dziedzina: Jak powiesz „śpiesz się powoli” po chorwacku?

Goran Andrijanić: Žuri… polako!… (śmiech)

Sam widzisz: Polak, Chorwat – dwa bratanki?

To jest więź metafizyczna. (śmiech) Coś w tym jest. Kiedy Polacy przyjeżdżają do Chorwacji, wszyscy mają poczucie, że są w domu.

Według prawdopodobnej hipotezy Chorwaci wyruszyli na Bałkany z Białej Chorwacji, którą część historyków lokuje w okolicach Małopolski. Chorwaci też mają takie poczucie, że jesteśmy trochę jak dawno rozdzielone rodzeństwo?

Ja myślę, że to, co nas łączy, jest związane z naszą specyficzną historią i kulturą. Każdy, kto zna choć trochę historię, wie, że nasze narody, położone w trudnym geopolitycznie miejscu, uratowały się dzięki Kościołowi katolickiemu. Kościół uratował nam tożsamość polityczną, kulturową. Katolicyzm, który definiuje kod kulturowy, to jest coś, co łączy Polaków z Chorwatami.

To powód, dla którego zostawiłeś ciepły Adriatyk i zamieszkałeś bliżej zimnego Bałtyku?

Widzę w tym wszystkim palec Boży. Moja droga dziennikarska doszła do takiego punktu, że trzeba było zrobić nowy krok. Po drugie, z bliższej rodziny nie mam już w Chorwacji nikogo, a moja żona ma jej w Polsce jednak więcej. Przez to małżeństwo również przeszedłem jakąś fascynację Polską – kulturową, duchową. I już od dawna myślałem o tej przeprowadzce. Chciałem być częścią tego wszystkiego, tego, co się tutaj dzieje. Bo ja myślę, że w Polsce dzieje się coś, co się nie dzieje w innych krajach, jakaś walka duchowa. Mam takie poczucie. Być częścią tego wszystkiego wydawało mi się bardzo ciekawe, nawet w sensie zawodowym, dziennikarskim. A ponieważ od czasu do czasu pisałem dla polskich mediów, nadarzyła się okazja, żeby tutaj pracować na stałe.

Każda fascynacja prędzej czy później musi skonfrontować się z większym lub mniejszym rozczarowaniem. Miałeś już etap rozczarowania Polską?

Nie wiem, czy moja fascynacja była aż tak patologiczna, żeby musiała skończyć się dużym rozczarowaniem. Wiele rzeczy mi się podobało w historii kraju, w historii Kościoła, ale od początku byłem świadomy również słabości i ciemnych stron. W Chorwacji był taki zespół Azra, który śpiewał piosenkę o Solidarności. Są tam słowa: „Polska, kraj, który nigdy nie miał swojego Quislinga”, czyli człowieka kolaborującego z okupantem. Kiedy powiedziałem o tym żonie, ona odparła, że to nie do końca tak wygląda. Dlatego od początku miałem świadomość wszystkich wymiarów, kontrowersji w historii Polski. Czy przeżyłem rozczarowanie? Chyba nie. Może nie byłem do końca wszystkiego świadomy. Na przykład sądziłem, że Kościół w Polsce ma większy kontakt z młodymi ludźmi. Strajk Kobiet pokazał, że chyba jednak nie jest z tym tak dobrze.

Kościół w Chorwacji lepiej sobie z tym radzi?

W tym momencie chyba lepiej. Ale wcześnie było tak, że to my patrzyliśmy na to, co dzieje się w Polsce, inspirowaliśmy się Przystankiem Jezus, robiliśmy akcje, które były bezpośrednio inspirowane takimi eventami. Organizowaliśmy na przykład ewangelizację na techno festiwalu w Splicie. Polacy byli dla nas inspiracją. Natomiast teraz mam wrażenie, że to w Chorwacji kontakt Kościoła z młodymi ludźmi jest lepszy. W Polsce coś się stało, coś pękło w ciągu ostatnich 5–10 lat. Teraz jakość duszpasterstwa jest lepsza w Chorwacji niż w Polsce.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama