Rodzina odkładana na później

Tworzenie rodziny, jak i decydowanie się na dziecko jest we współczesnej Polsce obudowane trudnościami, jakich w moim pokoleniu w takim wymiarze nie było – mówi KAI prof. Mirosława Grabowska.

Zdaniem dyrektor Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), praktycznie został zaakceptowany – nie tylko w pokoleniu młodych ale także ich rodziców – seks przedmałżeński i zamieszkiwanie „na próbę”. W wywiadzie dla KAI prof. Grabowska mówi też o wyraźnym przesunięciu granicy wiekowej, w której ludzie zawierają małżeństwo, przyczynach niewykorzystania polskiego „potencjału dzietności” i wciąż deklarowanym w naszym społeczeństwie przywiązaniu do rodziny. Publikujemy wywiad z prof. Mirosławą Grabowską:

KAI: Jaki jest najważniejszy dylemat, przed jakim staje dziś polska rodzina?

– Nie ma jednego podstawowego problemu czy kwestii do rozwiązania, jest ich kilka i to różnej natury. Zacznijmy od opisu sytuacji, w jakiej ta rodzina się tworzy. Otóż dzieje się to później niż przed laty i pod dużą presją innych wyzwań. Na ogół, kiedy człowiek ma dwadzieścia kilka lat, to z jednej strony kończy edukację, z drugiej – ustawia się na rynku pracy, a do tego buduje swoją pozycję zawodową: zdobywa pracę a potem stara się dobrze w niej zaistnieć. I jednocześnie szuka towarzyszki/towarzysza życia, co też przecież jest wyzwaniem. Wszystkie te starania o znalezienie właściwych życiowych „kolein” zbiegają się w czasie.

Widzę to po moich studentach, którzy zaczynają pracować już na wczesnych latach studiów, niektórzy jeszcze przed licencjatem. Jeśli się studiuje i pracuje, to może ma się czas na seks, ale nie na szukanie partnerki czy partnera życiowego na stałe. Bo to jest jednak zadanie: trzeba się poznać, rozpoznać, polubić...

KAI: Poszukiwanie kogoś na stałe odsuwa się na później?

– Tak, bądź też w ogóle nie następuje. To jest troska rodziców mniej więcej w moim wieku, których dzieci (myślę zwłaszcza o rodzicach córek), skończyły studia i są „ustawione” zawodowo, ale właściwie nie starcza im już czasu na życie osobiste. To jedna sprawa. A druga to ta, że młodzi ludzie żyją dziś pod szczególną presją: jak już zdobędą zawód i pracę, i nawet się „dobiorą”, to pozostaje jeszcze kwestia usamodzielnienia się finansowego, mieszkaniowego itd. W tej perspektywie dziecko postrzegane jest, jeśli nawet nie jako przeszkoda, to na pewno jako kolejne wyzwanie, kolejny problem do rozwiązania. Bo jeśli nie ma się babci (a często się nie ma, zaś miejsce w żłobku czy przedszkolu zdobyć jest trudno), to kobieta poważnie obawia się o swoje dalsze losy zawodowe. Urlopy macierzyńskie są krótkie, a zarobki znowu nie takie, by zatrudniać indywidualną nianię itd.
Rodziny stają przed decyzją, czy matka ma korzystać z urlopu wychowawczego, co wiąże się z przerwą w pracy, perspektywą niełatwego powrotu na rynek pracy itd. Zarówno tworzenie rodziny, jak i decydowanie się na dziecko jest we współczesnej Polsce obudowane trudnościami, jakich w moim pokoleniu w takim wymiarze nie było.

KAI: Nie było, bo od tamtego czasu zmienili się ludzie i ich mentalność, czy też aż tak bardzo zmieniły się okoliczności?

– Myślę, że tego się nie da rozdzielić. Zmiany dotyczą obydwu tych czynników. Zmiana okoliczności jest oczywista. Przede wszystkim mamy bardzo wymagającą gospodarkę rynkową. Znam wielu młodych ludzi po dobrych studiach i wiem, że oni naprawdę pracują do 18, a jak trzeba, to i w sobotę, i w niedzielę. Intensywność pracy jest zupełnie inna niż 30 lat temu. Ze względu na niedostatek pracy stała się ona ogromną wartością, nawet jeśli jest średnio płatna i nie do końca satysfakcjonująca.
Zmiany polegają też na tym, że wszyscy są lepiej wykształceni, także kobiety są lepiej wyedukowane niż były, nierzadko lepiej od mężczyzn. Tych zmian się nie cofnie, kobiet do domów się nie zawróci, w każdym razie nie na stałe. Model z jedną pracującą osobą jest nierealistyczny, także ze względów materialnych. Nie wiem, ile musiałby zarabiać ojciec, żeby można było sobie pozwolić na taki komfort, założywszy, że małżonkowie w ogóle by tego chcieli. Przypuszczam, że są pary, które taki model chętnie by realizowały, ale pozostaje pytanie, czy mogą sobie na to pozwolić. Otóż, najczęściej, nie.

KAI: Czy zmienia się podejście Polaków do rodziny? Pozostaje ona wartością, czy może widać tu jakieś symptomatyczne przemiany?

– W deklaracjach rodzina ciągle jest wielką wartością. Jesteśmy krajem, społeczeństwem rodzinnym. Co się zmienia? Wydaje mi się, że praktycznie został zaakceptowany – nie tylko w pokoleniu młodych ale także ich rodziców – seks przedmałżeński, także kohabitacja „na próbę”. Młodzi mówią dziś: trzeba sprawdzić, czy nadajemy się do życia razem na zawsze. Nie powiedziałabym, że oznacza to jakiś hedonizm, ponieważ jednocześnie bardzo ostro, także wśród młodych osób, potępiana jest zdrada. Jeśli już z kimś jesteś – formalnie czy nieformalnie – to masz być wierny. Tyle w deklaracjach. Wiemy skądinąd, że liczba takich kohabitujących par nie jest wielka, a jeśli rośnie, to bardzo nieznacznie. Z tym, że jeszcze do niedawna tego zjawiska nie badano, zatem nie wiadomo, jaka jest jego dynamika, czy i jak szybko rzeczywiście zwiększa się liczba par żyjących, jak to się dawniej mówiło, „na kocią łapę”, a teraz – kohabitujących. W tej sferze widziałabym poważne zmiany, np. „lżejsze” podchodzenie do związków sformalizowanych, czy to sakramentalnych czy niesakramentalnych: jeśli się nie uda, to się rozstaniemy. Ale, jak już mówiłam, nie oznacza to bynajmniej, iż ludzie uważają, że „wszystko wolno”. Jednak ciągle – nie.

Wydaje się, że te zmiany są jednak powolne i wielowymiarowe. Można rozpocząć życie seksualne przed ślubem i nawet mieszkać ze sobą, ale trzeba w tym związku – nagannym z punktu widzenia nauki Kościoła – zachowywać się przyzwoicie. Mamy więc do czynienia z mieszaniną odchodzenia od tradycyjnych wzorów i norm, przy zachowywaniu pewnych ich elementów. Tutaj rewolucji nie ma – była może w latach 60. – są natomiast powolne, wielokierunkowe zmiany.

Zwróciłabym uwagę na jeszcze jeden czynnik, o którym się mniej mówi. Otóż, zwiększyła się ruchliwość społeczeństwa polskiego, zwłaszcza w młodszych pokoleniach. Ci ludzie bardzo często mieszkają poza swoimi społecznościami lokalnymi – żyją już w innych miastach: tam, gdzie studiują czy pracują. To także sprawia, że są oni jak gdyby wyjęci ze swoich naturalnych więzów i więzi społecznych, może czasem nawet osamotnieni. Sądzę, że to utrudnia budowanie trwałych, poważnych związków. Po prostu człowiek jest jak gdyby wrzucony w anonimowe środowisko wielkiej uczelni, wielkomiejskiego środowiska młodzieżowego. To nie jest tak, jak dawniej, kiedy to poznawało się kolegę kolegi czy kuzyna przyjaciółki. Te kontakty i znajomości kształtowały się w naturalny sposób, pozostawało się „w sieci” („w realu”). Teraz natomiast, jeśli człowiek studiuje poza miejscem swojego zamieszkania – a od kilkunastu lat takich osób jest dużo – czy pracuje poza miejscem swojego zamieszkania, to jest takim „wolnym atomem”.

Rodzina odkładana na później   Roman Koszowski/GN Tworzenie rodziny, jak i decydowanie się na dziecko jest we współczesnej Polsce obudowane trudnościami, jakich kiedyś nie było

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg