Przepis na chińskie marzenie

– Tak niewiele wiedziałem o Państwie Środka… Ten kraj zrobił na mnie ogromne wrażenie – opowiada Radzimir Burzyński, podróżnik ze Zdzieszowic.

Marzenie o podróży do Chin zrodziło się w bardzo niepozornych okolicznościach. – Kilka lat temu, załatwiając jakąś sprawę na Politechnice Opolskiej, spotkałem kolegę, którego dawno nie widziałem. Akurat szedł na lekcję chińskiego i zabrał mnie ze sobą – wspomina Radzimir. – Początkowo więcej śmialiśmy się, niż uczyliśmy, ale z czasem zacząłem dostrzegać, jakie profity mogą płynąć ze znajomości chińskiego – przyznaje. I dodaje, że razem z nauką chińskiego, którą potraktował jako ambitne wyzwanie, pojawiło się marzenie, by do Chin pojechać.

Świat na wyciągnięcie ręki

Młody obieżyświat, nim dotarł do Państwa Środka, zjeździł Europę, podróżował po Indiach, był w Gruzji i w Ameryce Południowej, a także w północnej Afryce. W podróżach spędził wiele miesięcy, ale czas równie intensywnie wykorzystuje, będąc w Polsce. Był już m.in. wojewódzkim liderem Szlachetnej Paczki, szefem sekcji wolontariatu w Centrum ŚDM w diecezji opolskiej czy liderem Ekstremalnej Drogi Krzyżowej w Opolu. Do tego dochodzi praca, bo na marzenie o Chinach najpierw musiał zarobić.

– Pracowałem przy produkcji w Holandii. Miałem cel, więc mimo że nie była to praca moich marzeń, cieszyłem się nią. Nieraz współpracownicy pytali mnie, jak ja to robię, że nie narzekam. Wtedy po prostu dzieliłem się z nimi moim marzeniem – opowiada Radzimir Burzyński. Na maszynie miał przyklejoną kartkę z chińskimi słówkami, a w czasie wolnym zaglądał do podręczników i przygotowywał się do egzaminu.

Kazachstan, Kirgistan i Chiny

Te trzy kraje znalazły się na trasie jego blisko 5-miesięcznej podróży. – Na etapie planowania wyjazdu okazało się, że ze względu na EXPO w Kazachstanie LOT uruchomił nowe połączenie. Bilety były na tyle tanie, że podróż do Chin postanowiłem rozpocząć właśnie od tego kraju – wyjaśnia podróżnik. Ale zaraz dodaje, że bardziej niż Kazachstan urzekł go Kirgistan. Stąd na zdjęciach, które przywiózł z wymarzonej podróży do Chin, jest też wiele zapierających dech krajobrazów kirgiskich: jezioro Ala-Kul, formacje skalne w kanionie Skazka czy drzewa wyrastające z krystalicznej wody jeziora Issyk-Kul. Radzimira oczarował nie tylko Kirgistan, ale też Kirgizi.

– Przed tą podróżą założyłem sobie, że niezależnie od okoliczności będę się starał spotkać z drugim człowiekiem. Przejeżdżając przez górzysty Kirgistan, spotkałem wiele wspaniałych osób, na które mogłem liczyć. Starsze pokolenie jest dumne ze swego kraju, ceni wartości, a młodsze – chce jak najszybciej uciec za granicę. Poznałem też wiele bardzo zdeterminowanych kobiet, które nie tylko radzą sobie z trudnymi warunkami życia, dbają o swoje rodziny, ale też mają pomysły na zarabianie pieniędzy i je realizują – opowiada. Wspomina poznanych na trekkingu Ukraińców, którzy są świadkami Jehowy. Młodego Kirgiza, który chce przyjechać do Europy. I dodaje, że spotkania z Kazachami były zdecydowanie „surowsze”. Ale opowiada między innymi o starszej pani, która świetnie mówiła po angielsku, a na prośbę o miskę przyniosła mu też zupę.

Wymagający sprawdzian rowerowy

– Podróże autostopem stały się dla mnie rutyną, przestały być wymagające. Dlatego do Azji zabrałem rower. Liczyłem, że dzięki temu będę mieć więcej czasu na spotkania z ludźmi – tłumaczy Radzimir. – Przemierzanie drogi na rowerze było dla mnie nowym doświadczeniem. Musiałem więcej z siebie dać, by dotrzeć w konkretne miejsca. Miałem też więcej możliwości obserwowania krajobrazów i wczuwania się w klimat mijanych miejsc. W Kirgistanie chyba wszystkie dzieci znały angielskie „Hello”, a gdy wjeżdżałem do wioski, wiwatowały, cieszyły się i czasem goniły za mną na jakimś składaku. Miały wielką radość, gdy udało im się mnie wyprzedzić, kiedy byłem zmęczony po całym dniu drogi – opowiada.

– Muszę jednak przyznać, że rower dał mi mniej okazji do spotkań z ludźmi, niż się spodziewałem. Miałem takie momenty, kiedy na kilka dni zostawiałem rower, by w trudniej dostępne miejsca dojechać autostopem. I ta forma bardziej przybliżała mnie do drugiego człowieka, bo jako rowerzystę ludzie traktowali mnie trochę jak bohatera, wiwatowali na moją cześć, ale rzadko zagadywali – wyjaśnia.

– Kiedy chciałem na kilka dni wyruszyć na trekking, postanowiłem zostawić rower w sklepie. Kupiłem ciasteczka i spytałem sprzedawczynię, czy mogę u niej zostawić rower i plecak. Zgodziła się, ale spytała, czy nie zostawiłem bomby. Dziwiła się, że jej ufam. Odpowiedziałem jej, że Kirgizi to dobrzy ludzie – wspomina Radzimir. A po powrocie z trekkingu kupił w tym sklepie bombonierkę i podarował ją sprzedawczyni, która już martwiła się, że tak długo nie wraca.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.