Ja na razie wygrywam

Miał wtedy na nogach buty traperskie z silnie bieżnikowaną podeszwą, która dobrze trzymała się blachy zawalonego dachu hali. Może życie Piotra Czaka wyglądałoby dzisiaj inaczej, 
gdyby nie te buty.


W sobotę 28 stycznia 2006 r. Piotr Czak wczołgał się w świat, w którym znikła granica między śmiercią a życiem. – Pełzłem pod tymi blachami jak robak i mówiłem Różaniec. Słowa plątały się ze łzami i myślami: „Panie Boże, to nie może być!”. Byłem ja, życie, śmierć i Bóg nad nami – hodowca gołębi pocztowych z Warmątowic wspomina tragedię w chorzowskiej hali wystawowej. Miał wtedy na nogach buty traperskie z silnie bieżnikowaną podeszwą, która dobrze trzymała się blachy zawalonego dachu hali. Buty były podarunkiem od kolegi Andrzeja Białego, hodowcy z Witten. Inni, którzy pośpieszyli na ratunek kolegom, nie potrafili przejść po oblodzonych płatach blach, ślizgali się, padali, musieli rezygnować. Piotr Czak, były bokser „Pioniera” Strzelce Opolskie, przedzierał się przez kolejne warstwy zawaliska – w głąb masy połamanych kratownic, blach, lodu i śniegu.


Piotr tu jest


W dzień tragedii Piotr Czak, który zawsze zostawał do końca wystawy, postanowił wcześniej pojechać do domu. Wyszedł o 17.10. Pożegnał się z kolegą Janem Kurzakiem i jego synem Przemkiem, którym pomagał prowadzić stoisko z witaminami dla gołębi. Trzy minuty później hala się zawaliła. Wrócił, wręcz przedarł się na teren zawaliska, bo inni próbowali go zatrzymać, chwytali za kurtkę. Zdarł tę kurtkę, ruszył po Kurzaków. Wyszarpał w kartonach pod zawalonym dachem tunel, dotarł w okolice stoiska.
 Najpierw zauważył go Przemek, który zaczął wołać do ojca: „Tato, tato! Piotr tu jest!”. Jan Kurzak myślał, że syn majaczy przedśmiertnie, i zaczął się z nim żegnać. – Słyszałem i pamiętam jego słowa: „Przemek, przebacz mi. Bardzo cię kocham, przed Bogiem się spotkamy. Żegnaj” – wspomina Piotr Czak. Wkrótce zobaczył stopy Jana Kurzaka. Wyciągnął go spod zawalonej konstrukcji, wyszarpywał gołymi rękami fragmenty blach i rur, wyniósł kolegę z hali. Poranił ręce i dłonie. Wrócił po Przemka, też wyciągnął go z hali.

– Biegaliśmy tam jak oszalałe hieny, szukaliśmy dojścia – mówi Piotr Czak.
 Uratował potem jednego hodowcę z Gdańska. Wrócił jeszcze po kobietę, która wołała o pomoc. Ale kiedy dotarł do niej, już milczała, nie żyła. – Czułem przerażenie i niemoc, bo nie mogłem uratować wszystkich, którzy mnie prosili. Do dziś słyszę ich głosy: „Panie, pomóż nam!” – opowiada hodowca z Warmątowic. Jego kolegę hodowcę Wagnera, milionera z Niemiec, spadająca blacha przecięła na pół. – I co z tych milionów? Nie pomogły – mówi. Wrył mu się w pamięć jeszcze jeden widok. Człowieka, który stał nieruchomo, bez reakcji, nie umiał wydobyć z siebie słowa, w gruzowisku zawalonej hali. 
Piotr Czak zachował się bohatersko, ale nie upiększa opowieści. Kiedy znalazł martwą kobietę, przypomniał sobie, że na stoisku zostawili z Kurzakiem kilka tysięcy złotych. – Przyznam się szczerze, wróciłem po te pieniądze. Ludzka zachłanność. Ale usłyszałem głos: „Piotr, ty szukasz pieniędzy, a za chwilę sam tu zostaniesz” – opowiada. Czy usłyszał ten głos naprawdę czy „jakby”? – Nie jakby! Nie wydawało mi się! Ja taki głos słyszałem normalnie. Tego jestem pewny – unosi się Piotr Czak.
Wycofał się, a na jego oczach zawaliła się konstrukcja wsparta na kartonach z lekarstwami, pod którą próbował się wślizgnąć.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |